Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
piątek, 15 listopada 2013
Turysty. Szczęśliwe.

12-14 IX


To było niesamowite. Weszłyśmy do domu, z którego wyszłyśmy dwa lata temu, a czułyśmy jakby to było wczoraj. No, naprawdę ciężko uwierzyć, ile czasu minęło. Właściwie, to chyba dalej nie uwierzyłyśmy :) Udało nam się trochę pomóc w farmowych robotach, skosić trawnik (kooocham, można mnie zapraszać na koszenie trawników) i takie tam, no i oczywiście kontynuowałyśmy naszą tradycję wieczornych biesiad. Ach, jak smacznie nam było. Porwałyśmy się z Wandą na robienie pierogów. Ja mam jakoś złe nastawienie do tego tematu i nigdy nie mam ochoty na to lepienie, ale Wanda krzyczała, że jak zrobię nadzienie, to ona będzie lepić. No więc zrobiłyśmy wersję szpinakową i wersję mięsną. A na wywarze z mięsa barszcz :) Ciekawym elementem kucharzenia było wydobycie i użycie zabytkowej maszynki do mielenia.

Retro vintage pełną gębą. 

Image Hosted by ImageShack.us

Uwaga na palce!

Image Hosted by ImageShack.us

 

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

A jeden cały dzień upłynął nam niezwykle nietypowo i przyjemnie na zabawie w turystów. Także Seatle, iglica, galeria szkła Dale'a Chihuly (robi wrażenie), diabelski młyn (boszszsz.. - napisałam najpierw młyńskie koło...) i wielki lunch z licznymi owocami morza w menu i na talerzu. A! I sklep z antykami. Niezły szał, Kaśka by tam zamieszkała, albo wykupiła połowę. Więc niech omija szerokim łukiem. Były plany na super centrum naukowo przyrodnicze, ale pechowo alkurat tego dnia je zamknięto na tydzień czy dwa ze względu na prace konserwacyjne i takie tam. Następnym razem :) I tak było wystarczająco bodźcująco ;)
Chyba nie będę się wdawać w szczegóły, tylko rzucę zdjęciami.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Urzekła mnie niebywale ta część historii iglicy:

Image Hosted by ImageShack.usSzczególnie połączenie obrazka z opisem zawierającym słowa excitedly, sketched and silmilar...

 Szkło. Wszytsko to szkło.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Z dedykacją dla Konrada:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Antyczności:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Starsznie nieprzyzwoite, ale u mnie po północy, to chyba mogę pokazać?

Image Hosted by ImageShack.us

Patrzcie, co tu się dzieje!

Image Hosted by ImageShack.us

I jazda na jednym kole z widokiem na naszą jadłodajnię późniejszą:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Dziękujemy za wycieczkę!!! :D

Image Hosted by ImageShack.us

 

Juicy znowu bez dokumentacji, ale pochwalę dziada, że całkiem ładnie popracował z owieczkami. Outruny będą chyba naszym planem na życie w najbliższych latach ;)

Strasznie nam było miło, jak zwykle za krótko, no ale co robić, trzeba się zwijać. Tym razem nasz podróżniczy plan braku planów był z góry skazany na porażkę, bo jeszcze od Polski wiedziałyśmy, że chcemy być na Nationalsach, a te już od 21go w Kolorado. Z licznej korespondencji wyłonił się wspaniały dla nas plan i okazja, żeby pojechać tam z Betty, którą też przecież bardzo chciałyśmy odwiedzić. Przez długi czas miałyśmy jeszcze w głowach taki pomysł, że zanim do Betty, to wskoczymy na chwilę z powrotem do Kanady odwiedzić  Irene i z nią pojedziemy do Montany. Nie namawiam, żebyście próbowali się w tym wszystkim połapać, ale jeśli ja tego teraz nie napiszę tutaj, to potem nigdy sobie nie przypomnę tych ciągów myślowo-planowych. Na etapie wizyty u Marti dojrzałyśmy do otrząśnięcia się lekkiego i zrezygnowania z tych rekanadyjskich kilkuset kilometrów w kierunku ponownie północnym (oraz bonusowego przekraczania granicy razy dwa, co przecież uwielbiamy). Dało nam to ten jeden, trzeci, dzień więcej w Marysville, dodatkowy deserowo-filmowy wieczór i mnóstwo radości. No i tym razem łatwiej było się żegnać, bo wiedziałyśmy, że się za kilka dni zobaczymy w Greeley.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

czwartek, 07 listopada 2013
Nasza chwila prawdy

11. IX

No i nadszedł. Ten dzień. Dzień przerzutu ciał obcych przez granicę CAN-USA. Data nienajszczęśliwsza, czysto teoretycznie w każdym razie. Obaw było sporo, bo jak niektórzy mogą pamiętać (a najbardziej obawiałyśmy się, że amerykańce właśnie będą), nasza ostatnia przeprawa między tymi krajami wiązała się z niezamierzonym i nieplanowanym i nieświadomym, niemalprzemytem broni (kto ciekawy, temu  polecam zapoznanie się z archiwalnym tekstem: http://juicytravels.blox.pl/2011/10/Na-granicy-czasami-cierpliwosci.html). No więc nie do końca była pewność, że się wszystko uda i czy będziemy beztrosko eksplorować USę, czy też zrobimy w tył zwrot i dane nam będzie dalsze bliższe zapoznawanie się z przyrodą kanadyjską. Tym razem nietypowo przekraczać miałyśmy wodnie.

Kolejny szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że znowu miałyśmy podwózkę na prom, bo Charm również opuszczałą wyspę. Nie z tego samego portu co my co prawda, ale bliskiego i nas podrzuciła. Stanęłyśmy sobie grzecznie w kolejce, kupiłyśmy bilety i ruszyłyśmy w kierunku odprawy. Trafił nam się bardzo miły i żartobliwy pan urzędnik-celnik , który bardzo cierpliwie przyjął i zniósł fakt, że nie znamy adresu osoby, do której jedziemy. Ech, jednak nie wyrobiłyśmy się jeszcze w tych przekraczaniach... Nasz błąd, nasz błąd, nasz błąd! Miałyśmy nadzieję dotrzeć wieczorem do Marti, od której z portu nie było aż tak daleko (co wiedziałyśmy, bo miałyśmy na mojej super komórce oznaczone miejsce, gdzie mieszka, no ale baz numerków, na których panu zależało). Szczęśliwie, gdy z lekkim powątpiewaniem pan zapytał, czy mamy chociaż jej telefon, na nasze twarze wypełzły uśmiechy, a moja ręka powędrowała wgłąb plecaka i po chwili rozgrzebywałyśmy plik papierów bogatych w różne dane osobowe. W końcu znalazłyśmy papierową metkę od bluzy (tej, którą 2 lata temu kupił nam Mel), a na metce, wśród kilku innych notatek i rzędów cyfr, był i numer Marti. Myślę, że ta forma wizytówki zrobiła na panu wrażenie, ale wyszkolony musiał być dobrze, bo nie dał po sobie poznać ani ciut. Formalności nabrały rozpędu. Jeszcze stałyśmy przy tej ladzie, wysokiej bardzo, zza której psa Juica pewnie nawet nie było widać, kiedy nagle pewna pani zaposiadła u mnie 1000 punktów BP (Brak Pomyślunku). Do wymiany na liczne dowody wdzięczności mojej (sporządzę katalog, będzie tego do wyboru, do koloru i dostępne w dowolnym kraju). Otóż, co wykonała Pani? Pani Chorwatka z mężem swym Chorwatem stali grzecznie za nami, czekając na swą kolej spowiedzi amerykańskiej. I stali tak grzecznie, aż do momentu, w którym styki pani zadziałały i zrozumiała, że to czarne, kudłate na smyczy, to pies. I wtedy wypaliła "Och! Piesek z Wami podróżuje? Pewnie dużo wymagań trzeba spełnć?" I dalej wypytywać o zaświadczenia, szczepienia, paszporty i inne i że ona to swoją Chihuahuaę (czyt. ciułałę) tak bardzo chciała wziąć, ale się bała problemów na granicy. No żesz, naprawdę, kurdę, ja nie mogę, grrr, serio?, nie wierzę, brawo, brawissimo, #$>.*#@!!... Ja, głęboko patrząc jej w oczy, tłumaczę jak to wystarczy zaświadczenie o wściekliźnie i że TYLKO to i że mój piesek ma też paszport oczywiście. Pan celnik spojrzał spode brwi i z półuśmiechem ku mnie, poprosił o przedstawienie wspomnianych dokumentów i przekazał pani Chorwatce, że na pewno doceniam. Och, jak bardzo doceniałam!!! Jak bardzo!!!!!!

No ale spoko, urzędnik nie dał się pokonać Europie i nas wszystkich przepuścił :) Wyszłyśmy z budki i dawaj w paszporty paczeć. A czemu? No a temu, że mój chytry plan zakładał włóczenie się nieco dłużej po ziemi zaoceanicznej, niż do zadeklarowanego powrotu październikowego, na który przedstawiłyśmy bilety. No ale tu peszek pewien, bo choć w Wandy paszporcie wiza wklepana na 6miesięcy, to w moim... na 3... Chlip. No nie miło, ale co zrobić? Nie przywykłam do myślenia za dużo o przyszłości, więc żeśmy westchnęły nad tymi paszportami, pokomentowały niedorzeczność sytuacji i tyle. Na promie miłe zaskoczenie, bo nie dość, że on malutki i przytulny, to jeszcze zapraszają z psami gdzie się tylko chce. Fajnie. I widoki piękne:) Polecam więc prom Sidney-Anacortes. 

Image Hosted by ImageShack.us

BAJ, Kanado! W związku z BAJ, pozdrawiam Jolę! A jak Juicy CIĘ Jolu pozdrawia!! Bardzo!

Image Hosted by ImageShack.us

HAJ USo!

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Nigdy nie jest za wcześnie na rozpoczęcie szukania podwózki :)

Image Hosted by ImageShack.us

To co, że za każdym razem w innym miejscu? Pokręcić się nie można??

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Kiedy już żeśmy sobie dopłynęli jakimś tam wczesnym popołudniem na ziemię zjednoczoną, to żeśmy szybko wytruchtali z promu, żeby się zdążyć ustawić na szosie zanim te wszystkie samochody odjadą. Bo prom, jak mówiłam malutki, ale jak nie mówiłam - ta droga donikąd więcej niż do tego promu nie prowadzi. Więc jak się nie załapiemy, to dupa blada.

No niestety jakoś się tym razem ludzie nie garnęli do zgarniania nas. Jeszcze pomachali nam znajomi Chorwaci przez szybkę zapchanego samochodu. Wyglądało na to, ze wszystko, co miało zjechać z pokładu, już zjechało... A do głównej drogi, takiej dającej nadzieje sensowne to ze 20km. Wanda poszła jeszcze dopytywać się o autobusy, ewentualne ceny i psa oczywiście, z którym tu nigdzie nie wolno (co nam swoją drogą ułatwia odpowiadanie na wszystkie pytania pt. "czemu nie autobusami, czemu nie pociągami? ";)). Niestety sytuacja autobusowa też jakaś mocno cienka się okazała, ale w gruncie rzeczy najgorsze, że ciężko się było jakiś wiarygodnych konkretów dowiedzieć. Ale! Ale nagle ktoś nam powiedział, że zaraz przypływa kolejny prom. Skąd nieco inąd, ale tu, dotąd raczej! :) Tym razem miałyśmy więcej szczęścia, zabrał nas sympatyczny pan, zdezelowanym nieco pickupem. Pan producent czosnku :) Po drodze zatrzymaliśmy się na małym targowisku, gdzie oprócz oglądania takiego cuda

Image Hosted by ImageShack.us

i oprócz kupowania kukurydzy organicznej, zdegustowałyśmy super lody!

Image Hosted by ImageShack.us

No i tu mała dygresja. Tak, bardzo łatwo być grubym w Stanach. Może dla Polaka te ceny nie są niskie, ale jak sobie policzyć to tak, że taki Amerykaniec jednak koło tych 3000dolarów to bez większego problemu zarabia, a za takie jak te wyżej lody w waflu, na targu żywności organicznej, w środku lata, płaci 4$ !!!, to trudno się dziwić, że tyją. Sama bym utyła, dobrze, że tu nie zarabiam. No wyobraźcie sobie, iść w Warszawie, czy na jakiejś wiosce nawet(!) do lodziarni i za 4 złote dostać tyle, że się tego nie jest w stanie zjeść. Bo my z Wandą tego loda na pół zjadłyśmy i miałyśmy potąd! Serio. A kto nas zna, ten wie, ze spust to mamy jak trzeba. No i lody lodami, ale wszystkie fastfoody i inne wyglądają podobnie. To tak jakby nagle wszystkie hamburgery, kebaby itp. rzuciły ofertę 1/3 ceny na wszystko. Oj, posypałoby się nasze społeczeństwo, posypało. Dziękujmy więc arabom za drogie kuciaki w picie. Wdzięczni bądźmy za zdrowie nasze i dzieci naszych. Waszych znaczy.
Pan miły "oczywiście" nadrobił kilka mil i podwiózł nas klasycznie, czyli pode drzwi :D

Image Hosted by ImageShack.us

Locations of Site Visitors