Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
poniedziałek, 16 grudnia 2013
Aż poleje się krew


17-18 IX

Krótka była nasza wizyta w Montanie, bo trzeba było się zbierać na Nationalsy, ale zadbałyśmy o to, by była ciekawa. Najpierw jeszcze końcówka dnia poprzedniego, czyli powitania i rozglądanie się po kolejnym obejściu, które opuściłyśmy tak dawno i tak niedawno temu zarazem. Wieczorem przyjechała silna reprezentacja kanadyjska, więc robiło się coraz weselej. Przygotowania do zawodów, biesiada obiadowa, relacje z życia. Dobry dzień :) We wtorek i środę pogoda nie sprzyjała - chłodno, wietrznie i co najgorsze - mokro. Rano zdążyliśmy zwieźć z Johnem trochę siana, pogadać przy tej okazji, a potem, w przerwach między szukaniem sobie konstruktywnych (dość dosłownie) zajęć, podglądałyśmy kawałki treningów. Ale co najważniejsze! Śmigałyśmy z Johnem quadami, w celu doglądnięcia krów i dosypnięcia im minerałów. Lot of fun, dla mnie duży, a Wanda, to mało z siebie nie wyszła po swojej przejażdżce! :) Spełnienie marzeń dzieciństwa i w ogóle. Kiedy więc John nam następnego dnia zaproponował, żebyśmy wzięły oba quady i pojechały na jedno ze wzgórz nazbierać jakiś skamielin dla geologów, to nie trzeba było nam powtarzać. Pogoda niestety parszywa - chłodno, wiało i padało, ale nie ma się co zbytnio certolić. Kanadyjki trenowały przed Nationalsami swoje owczary, Williamsowie pojechali do miasta, a my na wzgórze!!!!! Zabawa przednia, prędkości różne, zależne od terenu, ale pewnie obiektywnie za duże, super fun jazdy ekstremalnie offroadowej, przecinanie strumyka, intensywne nawadnianie całego ciała góra-dół. Jest moc! Dotarłyśmy na (chyba) właściwe wzgórze, dokonałyśmy profesjonalnego przeglądu i oględzin zalegających skał, wybrałyśmy to, co wyglądało najbardziej obiecująco i doopisopasująco, i całe mokre ruszyłyśmy z powrotem. Wanda szybko śmignęła mi z prawej, ja (rozważając ewentualny rewanż w przyszłości) zjechałam jeszcze trochę bardziej w lewo. Zjechałam i się przejechałam... Przeliczyłam znaczy. Przechyliłam. Quad się przechylił. No nie wiem, czy ja aż tak bezmyślna byłam, czy ta droga się zmuliła od wody, grunt, że po tej lewej wspomnianej, miałam dość strome zbocze i w mgnieniu oka zamiast mieć je po lewej miałam je pod sobą... Poczułam, jak quad się przechyla, po czym równocześnie z wydaniem siebie krótkiego, ale jakże treściwego "AA!" wykonałam zgrabne wybicie się z pozycji kierowcy do pozycji ofiary horyzontalnej. Mimo, że moje doświadczenie w temacie upadków z konia jest dość ubogie, to śmiem twierdzić, że to było bardzo podobne przeżycie. W każdym razie ja to przeżyłam podobnie jak upadki z konia - cała akcja ze dwie sekundy, ale mózg przyspiesza, zdążyłam sobie zdać sprawę z tego, co się dzieję, trochę się nad tym zadumać, trochę zareagować, trochę polatać. No więc wybiłam się i wyskoczyłam, a quad rozpoczął swój roll down, przetaczając się po drodze po moim odnóżu. Obserwowałam, jak turla się i turla tak kilkakrotnie, żeby się wreszcie łaskawie zatrzymać w krzakach... Wstałam i pokuśtykałam nad wyraz sprawnie w dół, a w głowie miałam mnóstwo myśli, głównie tych dotyczących bycia załamaną faktem, ile ta sytuacja może teraz skomplikować i ile kosztować. Kasy i wysiłku. Zaklęłam sobie, już nie tak w głowie, ale zupełnie z głowy, bo mi to jakoś lepiej robi. W międzyczasie dołączyła Wanda, która po krótkim niedowierzaniu, że zakrzyknęłam, bo się stoczyłam, uznała że to chyba jednak prawda i zawróciła zweryfikować. Ja tymczasem klęłam sobie na dole nad tym zrolowanym, zabłoconym, zupsajdowanym niemal quadem. Wspólnymi siłami obróciłyśmy chłopaka i postawiłyśmy na nogi. Koła znaczy. Powkładałyśmy na miejsce jakieś biegające luzem elementy i dobrałyśmy się do stacyjki. Kluczyk był. Uff. Ale zapalić skubaniec nie chciał. Miałam nadzieję, że to tylko silnik się zalał (czy co to tam się dzieje w takich sytuacjach ) i że mu przejdzie. Pierwszy szok trochę zszedł, pogodzenie się z sytuacją nastąpiło szybko. I to mi się akurat spodobało - co się stało, to się stało. Kilka niecenzuralnych słów dalej, spojrzałam wreszcie na moją nogę, którą od samego niemal początku uznałam za niezłamaną, no bo przecież zbiegłam sobie z tej górki. Fakt, nic nie wystawało, ale spodziewałam się, że została tylko lekko zmiażdżona, czy raczej puknięta, a tymczasem jakaś krew się rozlewała po nogawce, skarze i bucie. Rozcięcie takie sobie, średnio do ocenienia, czy szyć to, czy nie szyć. Ale nawet jeśli, to na 1-2 szwy, więc może nie umrę. W związku z tym, że było już środowe popołudnie, a w czwartek rano mieliśmy ruszać do Kolorado, stwierdziłyśmy, że może lepiej nie czekać, aż quadowi się poprawi, tylko się zabrać, pojechać, wyspowiadać co się stało i na spokojnie zobaczyć nogę. Ponieważ nasze zdobyczne kamienie podróżowały na moim quadzie, to teraz były wszędzie dookoła. Zebrałyśmy kilka, żeby tak całkiem z niczym nie wracać, załadowałam się z nimi na Wandy pakę i poszłyyyyy! Nie tak odważnie już, ale wciąż było ciekawie. Zaliczyłyśmy jeszcze po drodze zaganianie kilku krów które znalazłyśmy nie po tej stronie ogrodzenia, co trzeba (Wanda w roli psa pasterskiego na quadzie, ja przy bramce), więc gratisowe 10 minut nasiąkania było nasze. Potem  kilka kilometrów po szrutówce i wreszcie dotarłyśmy do domu. Deszcz i wiatr całą drogę  skutecznie chłodził nogę, za co jestem wdzięczna. Go pro się oczywiście rozładowała! Co za szuja. Nie ma więc "Sprawy dla reportera".  Weszłyśmy do domu. Betty i Johna jeszcze nie było. Pokuśtykałam umyć nogę, but i skarpeta nasiąknięte bardziej krwią niż deszczem, w białej umywalce wyglądało to całkiem ciekawie. Generalnie bez paniki, wiadomo jak wygląda szklanka mleka rozbryzgana po całej kuchni - 200 ml, a efekt, jakby krowa pękła, więc się za bardzo czerwienią nie przejęłam. Ale boleć trochę bolało, no i dziura taka mało wyjściowa. Załataliśmy plasterkami ściągającymi, okłady lodowe, bandaże itp. Najgorsze i tak ciągle przede mną, bo się tak tą nogą nie przejmowałam, jak tym quadem, głupotą swoją i ulubionym gatunkiem rozmowy, jaka mnie czekała. Nie wiem, czy się cieszyć, bo wiadomo, kto ma zawsze szczęście... Ale jak Williamsowie wreszcie wrócili z miasta, jak ich przepraszająco uświadomiłam w temacie wydarzeń ostatnich, to się okazało, że quad, któregom zepchnęła w przepaść jest tym, którego Betty miała jutro brać na Nationalsy.. Ale! Przecież miało być o szczęściu, bo jestem głupia... No więc, wbrew pozorom, była to informacja bardzo szczęśliwa z tego względu, że ten quad właśnie dosłownie przed chwileczką został ubezpieczony... Ufff... Ulga pewna dobrze mi zrobiła. Oczywiście nadal całe mnóstwo zmartwień było aktualne. Korzystając z ostatniej godziny światła, Wanda pojechała z Johnem na ratunek poszkodowanemu czterokołowcowi. A ja mogłam tylko siedzieć z podniesioną i obłożoną lodem szkitą i czekać, czekać, czekać niecierpliwie, czy wrócą z jednym quadem, czy z dwoma... I odtwarzać w głowie raz za razem tych kilka sekund swojej lekkomyślno-niezdarnośći...Czas ciągnął się absolutnie niesłychanie, ciemno już było na zewnątrz, a oni nie wracali. Nie wracali i nie wracali. Nie za dobrze to wróżyło mojej nadziei (szit, ta też od głupich!) na sprawność zrolowanego. Ale w końcu zobaczyliśmy światła za oknem! Są! Cali mokrzy i w błocie, ale z kompletem pojazdów! Wszystko działa! :) Uchetali się "tylko" niemiłosiernie przy walce o wyjechanie po stromym zboczu... Dla Wandy to mimo wszystko ciągle atrakcja, jak mniemam, ale Johna szkoda było, bo i bez takich jazd ma więcej zajęć niż człowiek jest w stanie ogarnąć... Dużo wielokropków w tym wpisie... Mój i tak dość pokaźny dług wdzięczności urósł tego wieczoru znacząco. Ale w takim towarzystwie, to nawet znalezienie się w biedzie niestraszne! Niech żyją fajni ludzie! I Montana! :)

 

Nie chciałam przerywać dramatycznego opisu, więc dziś wizualizacje na koniec.

Tam na dole jest quad. Widok z drogi:

Image Hosted by ImageShack.us

No i po tym zdjęciu nic z tego dramatu nie zostanie, no ale to jedyne, co mamy. Komórkowe ;)

Image Hosted by ImageShack.us

Na koniec kilka minut naszych nie za szybkich i suchych, oraz trochę żwawszych i mokrych jazd. A potem wiadomo co bateria zrobiła... Szu.ja.



wtorek, 26 listopada 2013
Przemieszczawszy siem

15-16 IX


Teraz czas na przedmiot "Transfery Waszyngtońsko-Montańskie", "zakres ludzko-zwierzęcy". Zaległa poprawka sprzed lat dwóch, kiedy to nasze losy na wspomnianej trasie śledzić można było w zdecydowanie zbyt dużej liczbie wpisów, a już na pewno na zbyt rozległej rozciągłości czasowej. I to pomimo wybitnie obiecującego początku... Powyższy wstęp oznacza w skrócie tyle, że nadszedł czas, żeby wyjechać od Marti i przebić się do Betty. Jak sobie uświadomiłyśmy, że poprzedni atak tego typu zajął nam.. hmm, ten tego, no nie oszukując się...5 dni... To nam trochę morale osiadły. Ale z drugiej strony miałyśmy wtedy dwa utknięcia, które teraz wydawały nam się rzeczą mało prawdopodobną, co napawało, nazwijmy to optymizmem. Miałyśmy jeszcze jedną znaczącą przewagę - tym razem miałyśmy jechać bardziej dołem niż górą, czyli autostradą. Wybitnie szkoda było widoków, które daje przejście północne, ale zbyt zależało nam na czasie. Marti podrzuciła nas na hajłej (to była podrzutka z gatunku "godzina w jedną stronę"), za co jesteśmy ogromnie wdzięczne. Spędziłyśmy najpierw bezproduktywnie dość dużo za dużo czasu na wyjeździe ze stosunkowo niewielkiego postoju trucków, otoczonego punktami z żarciem.

Image Hosted by ImageShack.us

Wytrzymałyśmy z godzinę, po czym zrażone niepowodzeniem ruszyłyśmy ku prowadzącemu wprost z autostrady zjazdowi do owego postoju (można niestety na upartego uznać, że to było NA autostradzie). Dawało nam to szansę machania znacznie większej liczbie samochodów oraz spotkania dawno nie widzianych panów policjantów, którzy zazwyczaj chyżo bieżą na każde wezwanie uprzejmych kierowców drżących o nasze bezpieczeństwo na poboczach. Obstawiałyśmy w myślach, ile czasu minie do pierwszego radiowozu, a tu nagle i niespodziewanie, zaraz niemalże od razu, zatrzymała się ciężarówka, zwabiona naszym napisem SPOKANE. Pan był zdziwiony własną odwagą i fantazją, wyznał nam później, że nie ma pojęcia, czemu się zatrzymał, bo zazwyczaj nie bierze autostopowiczów. Odejście od reguły było nam bardzo na rękę.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wieczorem wysiedliśmy kilkanaście kilometrów przed miastem, bardzo podziękowaliśmy, wspólne zdjęcia, fanfary, McDonald, internet.

Image Hosted by ImageShack.us

Z racji, że godzina była już jakaś szósta i powoli przestawało być jasno, to zdecydowałyśmy, że przebijamy się na drugą stronę metropolii i tam rozstawiamy namiot, żeby rano być już na wylocie. Stanęłyśmy więc z tą mało ambitną tabliczką SPOKANE (do którego zostało kilkanaście km) i byłyśmy bardzo zdziwione, że nikt nas nie chce wziąć. Już powoli oceniałyśmy najbliższą okolicę pod kątem biwaku, kiedy nagle - JEST! Zatrzymał się! Sympatyczny chłopaczek, z ogromniastym psem (który okazał się mieszańcem laba i bloodhounda), radośnie zaprosił nas do środka. "Więc jedziecie do Spokane?" zagadnął. My, jeszcze kończąc nasze kokoszenie się i upychanie bambetli, rozpoczęłyśmy swój pełen westchnienia raport planów nie tyle społkańskich, co montańskich, tego że to daleko, jest późno i na dziś odpuszczamy i  że... Nie dokończyłyśmy, bo chłopak zdążył wtrącić "JA jadę do Montany". Hę? Że żart, czy coś? Nie, nie żart, autentycznie, o godzinie szóstej trzydzieści, czy nawet siódmej, stanęłyśmy przed wizją, a nawet realią(!) kolejnych wielu mil i godzin przybliżających nas do celu! Przestudiowanie mapy i wszelkich opcji zaowocowało decyzją, że jedziemy razem aż do Bozeman.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

W praktyce oznaczało to tyle, że wysiadłyśmy z samochodu w okolicach godziny drugiej a.m. I oczom naszym ukazał się trawnik przepiękny, wystarczyło przejść pomiędzy mnóstwem zaparkowanych samochodów i kamperów z pochrapującymi w środku ludźmi, potem koło budynku ubikacyjnego, zadaszonych stołów biesiadnych i oto był! Piękny, równy, puchaty, wygodny. TO była noc! Full komfort. O poranku odkryłyśmy brak niemal wszystkich samochodów, które jeszcze w nocy przecież były! Szczęśliwie napływali już nowi turyści, dla których okolica godziny dziewiątej była już prawdopodobnie porą drugośniadaniową.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Mogli sobie przy okazji konsumpcji podziwiać nasze sprawne zwijanie namiotu. I oto był ranek, zaledwie doba po opuszczeniu Marysville, a my byliśmy jakieś trzy godziny od celu :) Szacun dla nas. Dziękujemy! Zadowolenie godzinowe nie trwało długo, bo trochę nam zajęło zatrzymanie pierwszego samochodu. Był w tym zatrzymaniu pewien rodzaj szału, bo oto Wanda dokonała czegoś, co się jeszcze prawdopodobnie żadnemu autostopowiczowi nie udało. I jeszcze do samego końca nie była świadoma swojego sukcesu. Ciężko to zgrabnie opisać, ale spróbuję. Ja z bagażami stałam i machałam w odległości kilkunastu metrów od Wandy, więc jak samochód się zatrzymał, to był koło niej a nie koło mnie, ja grzecznie czekałam jak zakończy się dyskusja na temat czworonożnego pasażera. Wanda przybiegła, zaraportowała mi, że pani ma psa w samochodzie, że dość mocno oponowała przeciwko naszemu, że "no nie wie, że ma bordera, że no nie wie" i jakaś taka niewyraźna była i dziwnie, nadzwyczajnie zaskoczona sytuacją. W końcu jednak brak asertywności postawił ją przed faktem dokonanym - zgodziła się. Zbieramy więc rzeczy i zwierzęta, i idziemy. Ładujemy się do samochodu, a pani się uśmiechnęła, odetchnęła i cała zadowolona "ach, macie PS!A" my "?" pani "Bo ja zrozumiałam, że kozę!". No i proszę mi powiedzieć, że to nie jest niezłe! Złapać stopa i przekonać kobietę z borderem, żeby zabrała dwie kobiety z kozą! Mistrzostwo. Aż żałowałam, że nie mamy tej kozy... Potem pani była znowu miła, nadrobiła dla nas ze 100 km, żeby nas nie porzucać w miejscu, które uznała za nierokujące. Nie wiem, czy wpłynęła na jej decyzję moja opowieść, jak to nie zostałyśmy porzucone w Arizonie przez bibliotekarkę na Route 66 ;) Mam nadzieję, że nie poczuła się tą opowieścią "przymuszona" ;) Nie wyglądała w każdym razie na nieszczęśliwą i ubezwłasnowolnioną.

Image Hosted by ImageShack.us

Ciekawych stopów ciąg dalszy to dwóch panów, którzy nas potem zabrali, ale zanim ujechali z dychę, to im samochód się rozkraczył. Dla pieszego był to środek niczego, elektrownia wiatrowa i tyle.

Przestrzeń...........



Podziękowałyśmy, życzyłyśmy powodzenia i poczłapałyśmy poczuć jak to można być z dala od wody itp. Nie zdążyłyśmy się dobrze wczuć w dramat sytuacji, która dawała wyobraźni duże pole do popisu, bo oto kolejny szał! Coś, czego do tej pory nie było i pewnie już nie będzie - zatrzymały się dwa samochody na raz :) Rispekta ;) Zrobiłyśmy mały casting i godzinę później targane wiatrem zwiastującym konkretny opad, siedziałyśmy już na trawniku McDonalda w Lewistown. Jakiś czas później przyjechała po nas Betty. Pięknie :)

 

Dobre jest sobie czasem pojeździć :)

Image Hosted by ImageShack.us

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61
Locations of Site Visitors