Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
poniedziałek, 13 stycznia 2014
A gdyby tak? Dziura.

28.IX - 2.X

 

Jaki był "plan"? Taki, że bilety do Polski  były na 10.X z Chicago. Nationalsy zakończyły się 27go września, 28 wyjazd. Ale dość długo nie miałyśmy pojęcia dokąd ten wyjazd. Jak już kiedyś wspomniałam, od początku niemal pewne było, że zostanę dłużej niż do rzeczonego 10 X, ale Wanda takiego manewru nie mogła zrobić, bo bycie doktorem i to matematyki kusi. He, he nie ujęłaby tak tego zapewne, ale będę trochę złośliwa, a co - taka jestem, a na blogu nie mam za dużo okazji na docinki ;) Tak, czy inaczej miałyśmy jeszcze 12 dni. I zaproszene do... Kaliforni. Tak, tak, wśród otrzymanych przez różnych ludzi propozycji wizyty była i kalifornijska, która nas mocno kusiła osobowością zapraszającej i obietnicami morza roboty. Więc może by tak?...

Przemyśliwałyśmy to intensywnie w ostatnich dniach zawodów, upewniłyśmy się jeszcze, że serio, serio możemy przyjechać i decyzja została podjęta - dajemy! Akcja miała jeszcze jeden plus. Dzięki takiemu, a nie innemu obrotowi sprawy mogłyśmy odwiedzić naszych Garrettów! Czyli tych, od których właściwie się zaczęło, kiedy dwa lata temu, niewiedzące nic o świecie ozików MY, trafiłyśmy pod dach niewiedzących niczego o nas ICH :) Robyn była na Nationalsach, i przygarnęła nas do samochodu, więc znowu kolejne setki kilometrów pokonałyśmy bez wysiłku stania z podniesieoną ręką. Przejazd na trasie Kolorado-Utah wzbogacił nas o wiedzę, że Wyoming można skwitować słowem WIATR lub nieco mniej grzecznie, acz wciąż nieco eufemistycznie PIŹDZI.

 

Spędziłyśmy pod SLC cztery dni. Pogoda klasycznie dopisała, nagadaliśmy się, nagotowaliśmy, najedliśmy, posiedzieliśmy razem przed telewizorem, były owce, było agi, było obi. I w ogóle super, jak zwykle było, ale napiszę trochę o czymś innym, o czymś, co mimo przyziemnego początku, trochę filozoficznie się zakończy.

Robyn ma owce kilka kilometrów od domu. Owce są odwiedzane, karmione, pojone i wypasane (w sensie psiotreningowym), ale zdarzyło się kiedyś, że oprócz tego, zostały też zjedzone przez coś, co najwyraźniej było sobie kojotem. I tu się zaczyna.

Od czasu tego z owcami zamieszkał On. On, czyli Hagrid. Hagrid, czyli pies. Pies, czyli owczarek pirenejski (białe i duże to to, do pilnowania stada to). I świetnie radził sobie Hagrid z owcami i cieszył się człowiek i wiedział, że Hagrid radzi sobie dobrze. Aż dnia pewnego Hagrid przekombinował. Przekombinował tak, żeby się znaleźć po drugiej stronie ogrodzenia i włóczyć się po okolicy. I wracał Hagrid do owiec, ale kiedy chciał to robił. A kiedy nie chciał nie. I mogło się coś stać i nie owcom tylko, ale i Hagridowi mogło. Ale miał frajdę Hagrid. I przekombinowywał bezustannie. Mówił, że nie wiedział, że się da, ale że mu pokazano i że zobaczył. I że da się. I że frajdę ma.

I choć Hagrid miał frajdę, to jednak uznane zostało, że przełażenie przez płot, to zachowanie niepożądane i trzeba coś zaradzić. Przyjechałyśmy wiec w silnej ekipie kobiecej, sztuk cztery, uzbrojone w sekatory, nożyce, rękawice, kombinerki, druty, kawałki ogrodzenia, belki i inne dobra. Przeszłyśmy wzdłuż całego ogrodzenia, które było podejrzane, oceniłyśmy każdą podważoną lub naciągniętą siatkę, wycięłyśmy krzaki sprzed i przerzuciłyśmy za płot, połatałyśmy dziury, powiązałyśmy drutem dodatkowe panele metalowe w miejscach szczególnie slabych, wzdłuż pozostałych wątpliwych zamontowałyśmy na dole kłody drewna, żeby podważanie siatki nie było mozlwe. Napociłyśmy się ostro, bo sońce grzało konkretnie. Po trzech, czy czterech godzinach z dumą spojrzałyśmy na dzieło, wypuściłyśmy psa, wyjechałyśmy za bramę, zatrzymałyśmy się, żeby ją zamknąć, wsiadłyśmy z powrotem do samochodu i... przed maską ujrzałyśmy Hagrida.

Przekombinował był. I wiedział dobrze o tym.

Przeprowadziłyśmy akcję odłowienia, manewr z wyjechaniem został powtórzony, ale zostało coś więcej. JA zostałam. I miałam przyjemność zobaczyć, jak sobie Hagrido beztrosko człapie do ogrodzenia, przechodzi po nim bez jakiegokowiek wysiłku, większego susa nawet i przedostaje się na drugą stronę. Skupiłyśmy się najwyrażniej na nie tej krawedzi co trzeba, bo cały dzień spędziłyśy w kuckach, a trzeba było patrzeć w górę ;) Przytachałyśmy jeszcze jeden panel, zamontowałyśmy pieczołowicie  we właściwym miejscu i ze zwycięskim uśmiechem opuściłyśmy posterunek. A zdezorientowany olbrzym kręcił się w tę i z powrotem patrolując z zadartym łbem nowy panel.

I jakoś wtedy Wanda westchnęła, jak to byłoby lepiej, gdyby ten inny pies nie pokazał Hagridowi drogi, bo przecież dopóki o tej drodze nie wiedział, to wcale mu się do przełażenia nie tęskniło.

 

I tu jest filozofia. W ułamku sekundy utożsamiłam nas z Hagridem. Rozpoczęcie podróży dwa lata temu było naszą dziurą w płocie. Dziurą, o której najpierw nie wiedziałam, a o której później myślałam niemal każdego dnia, do której tęskniłam i przez dwa lata tak bardzo chciałam znowu poczuć drapiące w momencie przeciskania się przez nią druty i to niesamowite uczucie, kiedy jest się już po drugiej stronie. I stało się, wreszcie się stało, kiedy w sierpniu wzięłyśmy pierwszy oddech nowej przygody. Drutów już nawet nie pamiętam. I jestem teraz tym psem. I wcale nie żałuję. I będę przełazić przez tę dziurę wciąż i wciąż! Dopóki mi ktoś jej nie załata. Wtedy będę musiała znaleźć drugą.

 

Hagrid

środa, 08 stycznia 2014
Każdy ma jakiegoś bzika, czyli Nationalsy 2013

19-27 IX

Image Hosted by ImageShack.us

Jedyny pewniak tegorocznego wypadu i jaki udany! Spędziłyśmy ponad tydzień znajdując się w samym środku wielkiego zamieszania, wśród mnóstwa wspaniałych ludzi, częściowo już nam znanych, częściowo nowo poznanych, częściowo ani jedno ani drugie. No i psów czywiście! Dla niezorientowanych dodam, że te NAtionalsy, to najwieksza, coroczna impreza dla ozików, na którą zjeżdżają się psy i ich ludzi z całych Stanów i nnych części świata, jak ktoś jest bziknięty.Na miejsce dotarłyśmy luksusowo z Betty, która nie dość, że nas przywiozła(13h?), to jeszcze zakwaterowała w swojej przyczepie.

 

Ostatnie machanie w Montanie

Image Hosted by ImageShack.us

I w drogę. Potrafię spać zawsze i wszędzie

Image Hosted by ImageShack.us

A i psu w różnych warunkach przychodzi jeździć ;)



Naszym głównym zajęciem było szukanie zajęcia, bo choć wszyscy twerdzili, że roboty będzie huk, to jakoś momentami ciężko było o konkrety. Przygotowywanie aren zajęło sporo czasu na początku, ale nie mogłyśmy w pełni brać udziału, bo największa walka trwała przy ustawianiu paneli dla krów, a tam błoto sięgało miejscami do pół łydki, co przy mojej rozwalonej nodze średnio mogło się udać, a przy naszym wspólnym braku butów innych niż sanday i adidasy, nie działało zupełnie. Kuśtykałam więc sobie od jednej małej pracki do drugiej, poosłaniałyśmy wielkimi płachtami arenę owczą,  a Wanda oprócz działań wybitnie efektywnych obczajała, jakby się tu czymś czterokołwym przejechać (w ramach zadnia oczywiście!). Moje kuśtykanie niestety nie ułatwiało jej bycia wiarygodnym bezpiecznym kierowcą. Bez sensu trochę, ale tak było, cóż. Oprócz łapania drobych zleceń obserwowałyśmy sobie trochę tego, trochę tamtego, ale bez środka lokomocji nie było lekko, bo zanim się przeszło od bydła do owiec, zanim się dowiedziało, że tu przerwa, a tu skończone, to się niejednokrotnie więcej człowiek nachodził niż naoglądał. Tak narzekam trochę, ale było oczywiście super ;) Z tydzień przed Nationalsami podjęliśmy z Juicem męską decyzję, że zaliczymy debiut obidiencowy ASCAowy. Wymagało to pewnych przygotowań, ale nie jakiś kosmicznych, z racji na nasze (już jako tako zaawansowanie) posłuszeństwo FCI. Do zmiany były przywołania na przód zamiast bezpośrednio do nogi i zrobienie pozycji stój przy nodze i potem zostawienie do macania sędziemu. Zgłosiliśmy się dzielnie na tzw. pretrial, Juicy pięknie dał radę, moja noga była już w takim stanie że mogłam wykonać pseudotrucht bez rzucającego się w oczy kulenia, koncentracja była, wyraz był, nawet prędkość gdzie trzeba, zostawanie w siadzie się nie położyło, wszytsko razem do kupy dało nam zwycięstwo i pozytywnie kopnęło :)

Image Hosted by ImageShack.us

Fylmyk(polecam HD w ustawieniach, bo jesteśmy mrówkami):




Chcieliśmy nawet pójść za ciosem i wystartować jeszcze raz, ale już byłyśmy zobowiazane pomagać gdzie indziej w tym czasie i się nie dało wszystkiego na raz. Nie szkodzi, bo wrażenia z tego pomagania, czli tzw "handling ducks" też nieprzeciętne :) Handling kaczek wytłumaczę zamiast przetłumaczyć, bo mam zbyt ograniczone polsko-pasterskie słownictwo. Generalnie polegała robota na tym, żeby działać tak, żeby przebiegi szły sprawnie, czyli zapewnić ciągły, płynny przepływ drobiu. Panować w tym celu należało nad trzema stadami kaczek w liczbie ogólnej lekko ponad 150ciu, przeprowadzać z boksu zbiorczego(rzecz działa się w stajni z końskimi boksami użytymi w tym przypadku dla kaczek) do boksów sortowych, w których należało tegoż sortu dokonać według skomplikowanego wzoru 3 kaczory, 2 kaczki, a następnie każdą 5cio głową grupę ładować do psiego kontenerka, kontenerek na samochodzik (taki jak na polu golfowym), samochodzikiem podwózka 30metrów do areny, wymiana kontenerka z kaczkami nowymi na kontenerek z kaczkami (z)użytymi (więc i zaklatkowanie tych użytych), podwózka zużytych, wpuszczenie zużytych do boksu relaksacyjnego (czyli macie wolne przez następne 25 przebiegów), pobranie kolenej nowej grupy i tak w koło Macieju od świtu do nocy niemal. A po prawdzie, jak zaczęliśmy o 6.30 rano ustawiać przeszkody w chłodzie, deszczu, błocie powyżej kostek (sandały i pocięta noga rzondzom!), przed ósmą wjechały pierwsze skrzydlate, tak właściwie do 14-15 dzień był dość monotematyczny. Ale frajda była. I obolałe plecy, ręce trochę i łydki - zapomniałam wspomnieć o elemencie fizycznowysiłkowym, a więc przenoszeniu transporterków ponad barierką sięgającą powyżej pasa, co wymagało użycia siły rąk oraz nadwyrężania pleców i łydek przy pobieraniu/opuszczaniu załogi po drugej stronie płotka wspomniananego. Ja panowałam po zakaczonej stronie ogrodzenia dumnie dzierżąc grabie i kijek z plastikową paletką na końcu- podstawowe narzędzia pracy, Wanda szlała za kółkiem wożąc kaczki i nie odmawiając sobie driftu na błocie przed koszarem, a jakaś dobra dusza wspierała całą akcję biorąc czynny udział w wymianie nowych dziobów na stare i starych na nowe, między przebiegami. I tak żeśmy się bawiły całkiem wspaniale, jeszcze przy okzaji dostając na lunch trochę niezdrowego żarcia z jeszcze bardziej niezdrowym napojem typu cukier(corn syroup nawet bardziej) z bąbelkami, pod postacią coli na ten przykład. Byłyśmy takie niesamowicie świetne w tym handlingu i drifcie, że padła propozycja powtórzenia sukcesu dnia następnego. Co też z entuzjazmem (nieco już mniejszym, ale jednak) uczyniłyśmy. Także zawód w ręku jest! Nie ma bata! :)

Tu szybka prodkcja by Wanda. Trochę pokręcone, bo nie tylk okaczki, ale kogiel mogiel taki, ale fajne :




No co tam jeszcze mogę napisać po tylu tygodniach? Czy pamietam coś jeszcze? Pamiętam głównie świetną pogodę, choć prawdę mówiąc to, co się działo tym bladym świtem , kiedy przygotowywaliśmy areny przed pretrialem nie było jedynym momentem mokrości. Chyba dwa ostatnie dni były obrzydliwe, ale jakoś niemal zupełnie to wyparłam. I dobrze chyba, nie? Jakbym oglądała agility w tym czasie, to bym nie wyparła aż tak, bo słyszałam, że masakry się działy, zmiany torów i takie tam, bo bieganie kładki było niebezpieczne, a huśtawka sama się na wietrze przechylała w drugą stroną. Może i tyczki latały? A my pomagałyśmy liczyć punkty na pasieniu, schowane w czeluściach domku sądziowskeiego ( w przypadku owczym) albo samochodu (w opcji kaczej). I tej złej pogody nie pamiętamy wcale :)Wiem co jeszcze pamiętamy! Dziewczyny z Finlandii! Przyjechała silna ekipa 4 Finek, które znałyśmy z zeszłorocznej włóczęgi eurpoejskiej.Miło było isę znowu zobaczyć, co Jurop , to Jurop ;) Dżusi cały dumny, że ma zaanagżówaną rodzinę, bo z tych 4 dziewczyn jedna wyhodowała Dżusowego tatę, druga jest właścicielką Dżusowego dziadka, a dwie pozostałe Dżusowych wujków, czyli braci Dżusowego taty :) Tak, jestem nienormalna - wiem więcej o rodzinie swojego psa niż o własnej. Po wizytach u psychologa byłabym z tego nawet dumna! Poznałyśmy też przedtawicielstwo Słoweńskie, dziewczyny zagadały nas, bo przykuł ich uwagę psi ogon - Europę się łatwo rozpoznaje na Nationalsach ;)No co jeszcze, co jeszcze? Kilka osób się wkopało oferując przygarnięcie nas, gdybyśmy się przypadkiem znalazły w ich okolicy. Myślę, ze nie wierzyli, ze po takiej deklaracji sznse na naszą obecność pod ich drzwiami rosną w tempie co najmniej zawrotnym. I takim oto właśnie sposobem "Wpadnijcie do mnie, mam sporo ogrodzeń do postawienia", pewna kobieta - farmer zapewniła sobie nasze towarzystwo na czas dłuuugi :) Ale o tym w kolejnych odcinkach ;)Dla własnej pamięci jeszcze tu odnotuję, że doświadczyłyśmy pierwszej powodzi - w okolicznościach nieco nieszczęśliwych zalało nam totalnie przyczepę ostatnioego wieczoru i spędziliśmy noc na zrywaniu podłogi , wycieraniu wody tysiacem ręczzników, grzaniem na maksa i byciem nieco smutnym. To tak, żeby nie było za wesoło ;) A powódź była z wodociąg a nie z nieba, ale także upierdliwa w swojej mokrości.


No i taki oto był skrót telegraficzny. Czas na masę zdjęć:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Symbolicznie agility:

Image Hosted by ImageShack.us

Odrobina otoczenia bardziej zielonego:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Dżusław bezustannie podnosi swoje kwalifikacje w żebractwie

Image Hosted by ImageShack.us

Wanda wielofunkcyja. Zagniata ciasto, gdyby to nie było jasne.

Image Hosted by ImageShack.us

 

Najefektowniejsze kolorystycznie stadium mojego urazu(pomijając ten moment z litrami krwi może) :

Image Hosted by ImageShack.us

Dobranoc

Image Hosted by ImageShack.us

Klamra:

Image Hosted by ImageShack.us

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61
Locations of Site Visitors