Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
poniedziałek, 10 lutego 2014
Kalifornikejszy-yn

5-29 X

 

No niestety nie jest tajemnicą, że po raz kolejny ten blog umiera. Ledwo dyszy, a razem z nim rzężę i ja, bo męczy mnie okropnie ta wielka dziura, te wszystkie super wspomnienia, które powinny być zapisane, a nie są i te wszystkie aktualności, które się każdego dnia przeterminowywują :( Podejmuję więc próbę. Próba polega na nadgonieniu rzecz jasna, ale żeby to było możliwe, godzę się na ustępstwa, więc to, czego nie opisałam sobie w miarę na bieżąco (czyli prawie wszystko miedzy październikiem a lutym, czyli bagatela, niemali pół podróży, buuuu!), musi zostać złożone w ofierze i potraktowane mocno pobieżnie. Taki lajf, jeśli jeszcze cokolwiek ma się tu ukazać aktualnego, to taka próba jest jedyną opcją dającą nadzieję. A żeby zwiększyć szanse powodzenia akcji, rozpoczynam walkę w tym momencie, czyli 9go lutego, o godzinie 0.30 czasu miejscowego i zamierzam zakończyć umieszczeniem wpisu. Na koniec będzie wiadomo, o której się był zamieścił.

 

No więc, próbujemy ogólnikowo. Przede wszystkim, nie miałyśmy pojęcia ile czasu nas przestrzeń południowa przetrzyma. W związku z moim datowaniem wpisów wiadomo już, że był to niemal miesiąc dla mnie, ale nie wiadomo, że i Wanda ze wstępnego tygodnia wylądowała na dwóch, bo przełożyła sobie bilety. I akcja przekładania jest jedną z tych, które byłyby tu żywo pisane, gdybym była mądrzejsza i systematyczniejsza jesienią. Teraz nie pamiętam wiele, ale wszystko się działo w naszym ulubionym stylu „na ostatnią chwilę”, ze standardowymi wybojami po drodze, chaotycznie do tego stopnia, że kładąc się pewnego wieczoru spać zastanawiałyśmy się, czy na pewno ten lot, co to miał być jutro, został przełożony ;) Takie klimaty.

Czas spędzony pod „niebem, co nie zna chmur” upływał nam na zdobywaniu kwalifikacji zawodowych płotonaprawiaczy, płotostawiaczy, ławek malowaczy, gówna owczego wybieraczy i innych większych i mniejszych zadaniach. Generalnie proste babki jesteśmy, praca fizyczna z odrobiną wysiłku intelektualnego „ej, gdzie jest góra a gdzie dół?”, sprawia nam mnóstwo radości i daje dużo satysfakcji. Bo dobrze jest się od czasu do czasu zachetać. Pogoda nas rozpieszczała – w dzień gorąco, wieczorami chłodno, także każdy może znaleźć coś dla siebie. Przy czy wieczorami znajdywałyśmy dla siebie głównie jedzenie :) Trish ze swoim europejskim pochodzeniem miała gust kulinarny idealnie synchroniczny z naszym, także cośmy się ziemniaków z mięsem obżarły i piwa do tego opiły, to nasze :) Nie wspominając sałatek bogato okraszonych sosami typu ranch, kartonów lodów i innych deserów, których konsumpcja dziwnym trafem zawsze przypadała na godziny bardziej nocne niż wieczorne. No biesiadnie było, zostałyśmy na koniec oskarżone o wrzucenie na Trish dodatkowych 5 kilo. To nie ja! Przysięgam! Ja wrzucałam na siebie :)

 

Debiut w wybieraniu obornika w sandałkach :) Kalifornijski jest suchuki! No ale fakt, wciąż jest kupą...



 

Co poza tym? Psy, koty, owce, kaczki, krowy, koń. Mnóstwo ziemnych wiewiórek, dzikie indyki, blue jacki (brak tele obiektywu bolał). I tarantula.

 

Juicy z krewniakiem.

Wanda znalazła ośmionoga! Była niemal zchwycona tym faktem ;)






Z najwspanialszych rzeczy dla mnie, to Cayucos. Coś, co bardzo intensywnie zaatakowalo mój mózg rok temu, w Finlandii. Poczułam, że chcę, że muszę, że koniecznie, choć nie do końca wiedziałam co dokładnie. Opowieści o o obozach pasieniowych prowadzonych tam przez Kathy Warren totalnie owładnęły mój rozum i już wtedy zaczęło mi się roić w glowie, jak to by byo wspaniale – jeszcze raz się wybrać do Stanów, jeszcze raz się powółczyć i pierwszy raz przyjechać do miejsca, gdzie przez lata tworzyła się historia pasienowa wielu ozikowych ludzi i duża część ozikowej historii pasieniowej jako takiej. Niestety, jeszcze na długo zanim moje marzenia o wyjeżdzie za ocean zbliżyły się do faktycznych działań, zdążyłam się dowiedzieć, że  w Cayucos nie będziejuż żadnych obozów, że Kathy przeprowadza się do Oregonu i że było, minęło..

„Co było, to było, minęło jak miłość,

prześniło, przelśniło – wyśniło się do dna”

 

Ale zaraz, miało być wspaniale i najwspanialej przecież? No i było, bo choć minęło, choć nie wróci drugi raz, to jednak udało sie dotknąć! Pojechać do Cayucos, spotkać Brada, przeprowadzić krowy z pastwiska na pastwisko, nakarmić te pasące się w różnych częściach rancza, wdrapać się na szczyt, z którego rozciąga się widok na ranczo, a za plecami na ocean - patrzeć, chłonąć, przeżywać, że oto „tu i teraz”, przez chwilę jest się częścią tego miejsca. Było zarazem pięknie i boleśnie, bo  ze świadomościa, że to ostatnie chwile życia miejsca, które przez lata tętniło, było dla wielu ludzi całym światem, dla wielu jego dużą częścią... W dodatku patrzyłyśmy na skrajnie wysuszoną wersję tych kalifornijskich wzgórz, które podobno bywają zielone. Ale wtedy nie były. Nie mogę się oszukiwać, że były chociaż złote. Szare. Bure były. Z tymi czarnymi kropkami krów. Kropkami, krórych było kiedyś kikakrotnie więcej-setki, a których za parę lat nie będzie wcale. Kolejne umierające sanktuarium „z dawnych  czasów”.  Dlaczego nie urodziłam się z 50 lat wcześniej na dzikim zachodzie? To jest naprawdę nie fair... Eh...

 





Z Bradem i Trish byłyśmy też na licytacji byków. Powiało dzikim zachodem. I to jak! Budynek aukcji stary, krzesełka zabytkowe, na ścianach wymalowane „brandy” , czyli znczenia, jakie wypala się bydłu, inne dla każdego farmera, w przerwie w aukcji grill na zewnątrz, wokół kłębiący się kowboje. Jeszcze nie wszyscy wyginęli! 

 

Bardzo spodobała mi się też zabytkowa była pani, która chyba sekretarzowała aucji. Niesamowita do tego stopnia, aż żem ją nagrała, bo chyba ją sobie sprowadzili z jakiegoś PRLowskiego okienka urzęduniczego! Funkcję „jem przecież!” miała opanowaną do perfekcji! Nawet aparycję zbliżoną do przeciętnych pań z okienka ;)



Wanda wykonała jeszcze wiekopomny manewr z przemieszczeniem się wzdłuż ringu z kamerą gopro na czole, czapką z daszkiem na to, rękami splecionymi i trzymanymi możliwie nisko (żeby niczego przypadkiem nie kupić!) i użmiechem numer 4, co wszystko razem do kupy zaowocowało niepokojem pana prowadzącego licytację, który nie przerywając swojego niesamowitego skandu (a tak to mniej więcej brzmiało: http://www.youtube.com/watch?v=7yUMNs5RVQM) zaczął kontaktować się między „zdaniami” z Bradem i dopytywać „co jest grane” ;)



Takie rzeczy :)

 

19 października Wanda zaliczyła odlot. Konkretny całkiem, bo z beztroskiego gonienia marzeń wprost do zdobywania stopni naukowych. No ale, jako że piszę ten post w lutym, a nie w październiku, to mogę dodać, że dała radę, przestawiła się sprawnie i nastawiona na cel osiągnie go zapewne sprawnie, by potem znowu skosztować wolności :)



A ja jeszcze przez kilka dni wdychałam ciepłe, lekko przykurzone powietrze i zmuszaam się do podjęcia decyzji o ruszeniu na północ.

 



No i nawet się udało skrótowo :) W godzinę. Teraz pewnie jeszcze jedna na walkę ze zdjęciami i jest wpis ;)

No, prawie się udało w założonych dwóch godzinach;) W ramach skracania oszczędzę usprawiedliwień. Ale na pocieszenie powiem, że kolejny wpis już gotowy, więc będzie łatwiej ;)

poniedziałek, 20 stycznia 2014
Machajcie, aż zaśniecie, zaśnijcie, gdzie nie będzie polewane.

3-4 IX

 

Robyn obiecała nas podrzucić do Salt Lake, zebyśmy  miały łatwiejszy start w naszym poworcie do stopowania. Pobudka bladym świtem (czyli o szóstej, co dla nas jest środkiem nocy), o ósmej byłyśmy już na wjeździe na autostradę. Zapowiadało się więc wybitnie obiecująco – dobry czas i jakieś 1400km do przejechania, jest moc  :)

Naładowane tym wybitnie skoroświcim dotarciem na stanowisko zabrałyśmy się ochoczo za działanie. Niestety dość szybko wielkie nadzieje opadły. Czas mijał, podżerałyśmy wytrwale mikrosnikersiki, uśmiechałyśmy się, łaziłyśmy w przód i wspak, nic to. Nie dało. Jak Wanda stanęła, to ja się walnęłam i nic nie było mnie w stanie powstrzymać przed zapdnięciem w sen.



Jak zabita spałam, a co gorsza i wyglądałam. Pomyślałyśmy potem, że prawdopodobnie łapanie stopa „na trupa” mogło być składową naszej porażki. No bo trochę poracha – trzy godziny, TRZY!!! Po kolejnej zmianie znowu czekaliśmy i czekaliśmy...



I czekaliśmy... Ale... Ale jak już się w końcu ktoś zatrzymał, to wiadomo – konkret :) Truck. I to z gratisem w ppostaci prawdziwego autostopowicza z prawdziwym psem na pokładzie! Tak wiec była nas wesoła gromada – dwie baby, dwa chłopy, dwa psy, niemal dwa austalijczyki, bo szczeniorek był mega bliski australian cattle dogowi. Autostopowicz był na ful wypas, taki autentyk, jakiego jeszce ne widziałyśmy i pewnie więcej nie zobaczymy – włóczęga bez domu i dobytku, z małym plecakiem, spodniami mającymi więcej łat niż materiału pierwotnego i brudem na nich, który trzymał te łaty ze sobą lepiej niż robiły to widoczne gdzieniedzie nitki. Włosy też się trzymały na brud, trzymały się nieźle – stercząc na wszytskie strony dredami. Chopak (zabijcie, ale nie zapamietałam imienia, wątpliwie prawdziwego zresztą, ale zawierało słowo SEA) był ciemnoskóry, ładniutki, lat 19, prawie 20, jak twierdził – w podróży już 7 lat. Oprócz bycia pięknym, młodym i sympatcznym emanował jeszcze jednym... Zapaszkiem. I to nie byle jakim, z gatunku profesjonalnych i długo pielęgnowanych (nomen omen) takim. I był przykładem totalnie bezproblemowego pasażera. Tzn. nie miał żadnego problemu z niczym, z tym że śmierdział szczególnie nie :) No i gawędziliśmy sobie tak trochę, Wanda ze swojego stałego  stanowiska na tylnej kanapie pewnie mogłaby podać więcej szczegółow, ale może była zbyt skupiona na oddychaniu przez usta? ;) Tak czy inaczej opowieści były dziwnej treści, ale mimo wszystko bardzo ciekawe i zawierały trochę szczegółów dotyczących tego, jak to mu mama pozwoliła podróżować już jak miał 13 lat, „bo chciał”, o jeżdżeniu pociągami (towarowymi oczywiście i na nielegalu), o tym jak raz został poważnie pobity przez amerykańskich SOKowców z tej okazji, i tym, ze miał kilka szczurów, które jak rozumeim, mieszkały po prostu na nim, o tym jak nielegalnie przedostawał się przez różne granice, o tym jak dorabiał szukaniem złota i inne. Ja tam chcę w to wszystko wierzyć, bo naprawdę było ciekawe. Boje się tylko nieco o szczeniaczka, bo chłopak chyba go zgarnął z ulicy pod wpływem chwili, a zupełnie nie przekalkulował jak to wygląda finansowo i jak ogranicza taką beztroską włóczęgę, ze skakaniem z pociągów i autoszmuglem międzynarodowym włącznie. Po kilku wspólnych godzinach się rozstaliśy, bo **SEA** zmierzał w okolice Las Vegas, więc w Nevadze zmienił kierunek z zachodniego na południowy, a my, po małym wietrzeniu ruszyliśmy w okrojonym składzie dalej. Co jeszcze było wypaśnego w nasze  podwózce, a o czym nie wspomniałam? A no to, że na tabliczce miałyśmy Reno, a dość szybko okazało się, ze dojedziemy znaaacznei dalej :) Sał Frałsisko! Taka opcja! :D

 

Całkiem szczęśliwe znalazłyśmy się na dość mocno obrzeżach ciemną nocą, o godzinie jakoś 2 a.m. Z tego co pamiętam nasz trucker proponował nam przespanie się w szoferce, ale my z zasady unikamy takich intymności i się grzecznie pożegnałyśmy i wytoczyłśmy ledwo przytomne (oczywiście kimałyśmy po drodze) na ulicę. Okolica średnio sprzyjająca – mnósto mniejszych i większych przedsiębiorstw, słabo z ustronnym miejscem. Wspierając się nieco mapą, błądziłyśmy w okolicznych uliczkach, bezskutecznie szukając naszych upragnionych, płaskich 4 metrów kwadratowych. Preferowałyśmy trawę of kors, ale byłyśmy gotowe na ustępstwa. Zależało nam też oczywiście, żeby się tłum pieszych nie przewalał z rana po głowie, a biznesowość okolicy niestety groziła tymże. Były i śliczne trawniczki, nie wszystkie skrajnie ustronne, ale za to piękne. Ale! Ale nie z nami te numery! Po pamiętnej przygodzie w Wallace, wiedziałyśmy że należy takie cudowności zielone dobrze obejrzeć z bliska, bo mogą mieć wbudowaną funkcję prysznica... Nie myliłyśmy się – wszystkie, co do jendego, ją miały. I żadnej informacji o godzinach oprysku oczywiście... Łaziłyśmy z całym dobytkiem ponad godzinę i robiło nam się już trochę „Ej, mam dość”. Sytuacji nie ułątwiały liczne płoty, które uniemożliwiąły nam wykonanie szybkiego i niezbyt męczącego riserczu i zmuszały do nadrabiania kilometrów (no sorry – to naprawdę poszło w kilometry!).

Ale wreszcie, w samym środku nocy, okło trzeciej, trzeciej trzydzieści bardziej – udało się! Dorwałyśmy TO! Miejsce z płaskim podłożem, nieuwierającym, nieco zakrzaczone dla zapewnienia minimum prywatności i z gwarancją braku pieszych. Zarówno o poranku, jak i innej porze :)

gdyby youtube robił cyrki, to tu jest alternatywna wersju. W słabszej jakości i bez scotta mackenziego, no ale jest: http://youtu.be/VKqD6JE2xP0

Wszystko się sprawdziło, łącznie ze śniadaniem w in&oucie :) Nie ma to jak się opchać mieszanką tłuszczu i cukru o poranku, yummy! :)





Wydostawanie się spod Sał Frął nie było banalne i znowu zajęło nam trochę czasu, ale finalnie seria życzliwych kierowców, pojawiających się w tych nieco zbyt długich odstępach czasu sprawiła, że w okolicach 17 byłyśmy w Salinas. W Salinas, gdzie lepiej byłoby się znaleźć godzinę wcześniej, kiedy to mogłyśmy spotkać tam Trish i razem z nią pojechać do „naszego nowego domu”. No ale trudno, jest jak jest. Znowu spędziłyśmy na poboczu nieco więcej niż zakłada definicja optimum, aż w końcu, w promieniach zachodzącego słońca, zatrzymał się biały van wypełniony meksykańską rodziną. Dwie kobiety, męska głowa rodziny i chyba czórka dzieci. Trochę się bronili, jak zobaczyli psa, ale udało nam się zrobić smutne oczy, złożyć ręce w wymownym geśćie, wyrzucić z siebie bardzo szybką serię zapewnień, obietnic, próśb, skarg na los, nadziei i że to tylko godzinaaaaaaaa. I byłyśmy w środku :) Ja na przednim, Wanda z tyłu, pośrodku przedszkola. Bardzo było miło, rozmowy o życiu, a na koniec jeszcze nam użyczyli telefonu, żebyśmy mogły zadzwonić do Trish, że jesteśmy na stacji benzynowej, rzut beretem - 6km. I przyjechała i nawet jeszcze były resztki światła,  jak się witałyśmy. Happy end :) Albo beginning :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61
Locations of Site Visitors