Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
wtorek, 29 października 2013
Bonus muzyczny

Z racji nieodległego wpisu wspminającego Highway of tears i jeszcze bardziej zupełnie poprzedniego o Jeffie - bonus muzyczny dla Państwa. Oto Jeff śpiewa o tej autostradzie!

Nie za miłe rzeczy oczywiście. Ale głos i muzyka dobre.



Albo wersja LIVE w duecie, jak ktoś woli. Polecam.



poniedziałek, 28 października 2013
Żen i inne zaskoczenia

6 IX


A było to tak. Zatrzymał się pan Meksykaniec, miły. I nie pierwszy przecież. On chciał nas podwieźć, my chciałyśmy być podwiezione, okolica beznadziejnie pusta - dają, to brać. Pan sobie jedzie, coś tam wspomniał o jakimś koledze, bierze i skręca w jakąś boczną drogę. My, że halo, że co? Na farmę po kolegę, niedaleko. I teraz proszę sobie to niedaleko wyobrazić, jak się jedzie z Meksykańcem nie wiadomo gdzie i tak sekundy się wloką w nieskończoność, a metry w kilometry... W końcu rzeczywiście była jakaś farma, jeszcze przez las z krowami do drugiej i w końcu rzeczywiście to była prawda. Pan drugi Meksykaniec już nie wyglądał tak miło, z nim byśmy się pewnie nie zabierały(ta, akurat). No ale dawaj z powrotem do drogi. Jeszcze jakiś trzeci pan na bramie (nieMeksykaniec) rzucił dziwny uśmiech. Eh... Dojechaliśmy do drogi pan drugi Meksykaniec dokończył browca, puchę siepnął przez okno. Czy wspomniałam, że wbił się za kierownicę? Przejechaliśmy kawałek asfaltem, panowie skręcają w kolejną boczną, z drugiej strony tym razem. My że halo, że co? Do jakiejś pani konia obejrzeć, co to go mają zajeżdżać (bardzo dosłownie, obawiam się). Eh, no dobra. Zajechaliśmy na podwórko, panowie idą gadać przy piwie z parką taką, z którą na pewno bym nie chciała mieć z nimi nic wspólnego. Byłyśmy tam już blisko wzięcia i wysiąścia, ale ja już miałam taki wk.. za stratę czasu, za ich beztroskę, życiowe chamstwo i prostactwo i jeszcze do tego okolica była beznadziejnie beznadziejna, ! I lepiej, zęby to zrobili. Przełożyłam sobie tylko "w razie czego" do kieszeni i zaciśniętymi zębami czekałam aż łaskawie wrócą. Wyjeżdżamy z bramy, a panowie skręcają w drugą manię niż ta, z której przyjechaliśmy. My, że halo, ze co? A oni, że to ładniejsza droga, że wąwóz zobaczymy. Uroczo. My tam z tyłu mapę tylko na komórce przeglądamy i faktycznie wygląda na to, że teoretycznie ok. Stresa trochę było, ale jak mówiłam, zdążyli mnie tak wkurzyć, że w razie czego to pewnie ja bym w tym pierdlu siedziała.

Nie ma żartów...

Image Hosted by ImageShack.us

Ostatecznie popatrzyłyśmy na wąwóz, dojechałyśmy do miasta i jeszcze od panów nr telefonu dostałyśmy, jakbyśmy kiedyś wróciły i chciały własnoręcznie łowionego i wędzonego łososia spróbować. O.
Szczęśliwe, że w cywilizacji zaliczyłyśmy jeszcze kolejny szok po rozejrzeniu się w niej, wioseczka była co najmniej dziwna... Sklep przystacjobenzynowy, prowadzony przez pana żółtka wyglądał jak gotowe miejsce do kręcenia filmu, takiego co to się można na nim bać, albo jakiegoś psychodelo. Ale można się było wysikać, dał nam wrzątku, kupiłyśmy chleb i spadamy. Jedyne, czego chciałyśmy, to się wydostać stamtąd i znaleźć miejsce na nocleg. Bo to wieczór był. Lekko zrezygnowane przeczłapałyśmy przez ścisłe chyba centrum, czyli ową stację benzynową i potem drugą, Wanda coś tam machnęła naszą kartką, a tu BACH! Zatrzymuje się lekko przechodzona toyota terenówka! ŁAAAAAAŁŁŁŁŁŁŁ!!!!! Dzięki!!!!! i co najlepsze, na naszej kartce była miejscowość, którą sobie żeśmy wydumały na stację pośrednią w drodze bocznymi drogami do Vancouver, a okazało się co? No oczywiście, że to, że koleś jedzie do Vancouver :) A był wieczór, jak wspomniałąm, a my w Clinton, czyli 400km od celu! Na zupełnie nie Vancouverowej drodze :) Niezłe to było. A jeszcze weselej, że Jeff(ok.30) był muzykiem i całą drogę sobie słuchaliśmy jego całkiem fajnej płyty!

Image Hosted by ImageShack.us

A! I jeszcze! Praktycznie całą drogę padał deszcz. Lał. A nawet LAŁ. Nie było to najprzyjemniejsze, szczególnie ze względu na fakt, że cały czas w naszych głowach błądziły wizje poszukiwania krzaka kamuflującego i rozbijania się w tych warunkach. Bo oczywiście nie miałyśmy gdzie w tym Vancouver spać. Ale... Jeff się zapytał, czy mamy jakąś metę i że w razie czego możemy się rozbić u niego w ogródku. Także byłyśmy więcej niż szczęśliwe! :D Szczególnie po naszych Meksykańcach ;) Jedyne, czego szkoda, to widoków na trasie, którą zrobiliśmy po ciemku :( Ale dodatkową atrakcją byłą mega mgła, która chwilami sprawiała, że się myślało o śmierci, bo ni stąd ni zowąd potrafiła się pojawić gęstą chmurą i w sekundę zredukować widoczność do (autentycznie!) 2 metrów. Zjeżdżało się trochę z pasa. Ale przeżyliśmy.  No a co do deszczu, to kto zgadnie? No? Tak. Przestało padać na chwilę przed tym, jak dojechaliśmy :) A dojechaliśmy w okolicach 2 w nocy zdaje się.

 
1 , 2
Locations of Site Visitors