Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
sobota, 29 października 2011
Krótki wpis

25.IX, niedziela

Hym, hym, jakby to powiedzieć... Nie dość, że się nie popisałam z aktualizacją, to niedziela znowu jest(no dobra, była) dniem prawie-że bez zdjęć :( Trudno, żyjmy dalej i przypominajmy sobie ;) Będzie krótko, ale na pocieszenie poniedziałek będzie bardziej zdjęciowy.

 

Punkt pierwszy – wyspać się! O tak, to był przemiły plan, a wykonanie jeszcze wspanialsze. Leniliśmy się do oporu, opór nastąpił w okolicach południa, jeśli się nie mylę (a już mogę), potem polska Msza w mieście (już jedną polską mieliśmy w Ottawie :)), kawa i spacer. I pizza :) Wspaniała pogoda, fart nas nie opuścił i mimo późnego września grzaliśmy się w słońcu, co podobno jest wybitnie rzadkie o tej porze roku w tamtej Kanadzie. Dobra nasza :) Juicy poniuchał przez płot różne dziwne zwierzęta kopytne (jaki m.in.), które funkcjonując jako minizoo uatrakcyjniały park. W podgołoniebnej restauracji pies po raz kolejny pokazał, że jest super psem i grzecznie czekał przysznurowany niedaleko, ale i nie bardzo blisko.



 

Małą dygresja „betonowa”. Żeby dojechać tam, gdzieśmy byli, musieliśmy przeciąć miasto wznoszącymi się nad centrum autostradami i przyznam, że sam widok budynków wznoszących się gęsto i namiętnie, powodował, że jakoś płycej mi się oddychało.



Oj, nie nadaję się do życia w tak pojętym mieście. I jestem niesamowicie wdzięczna, że żyje w takiej stolicy, jak nasza Warszawa – niby największe miasto w Polsce, ale jednak tego nawet nie ma co próbować porównać do TAMTYCH metropolii. Uff... ;)

 

Dla równowagi zamieszczę zdjęcie domku Chrisa.

Szkoda, że mało kto z czytających w pełni zrozumie jego niesamowitość i głębię, ale żeby Wam to ułatwić, podzielę się, co takiego w nim jest. Ano to, że nie musiałabym znać adresu, żeby tę posesję rozpoznać, a cała zabawa w tym dlaczego. Geny, proszę Państwa. Wśród działeczek na warszawskim Okęciu żyje własnym życiem twór analogiczny, twór, który znam od urodzenia, a zarządza nim moja babcia, osoba gotowa stanąć w obronie najmniejszego kłącza, najbrzydszej łodygi, najmniej praktycznego drzewa, czy róży spacerującej swoimi kolcami w poprzek jedynej w mirę drożnej ścieżynki. Bronić musi moja babcia ich przed istotą nieczułą i nierozumną botanicznie, czytaj: MNĄ! Mną, która stoi na drugim skraju skali działeczkowych wizji, mną, która najchętniej zgoliłaby wszystko, co jej pozwolą i zasiała....TRAWĘ! No. Tych genów, by się tak łatwo nie sparowało, ale Chris, który jest siostrzeńcem mojej babci krzyczy o wspólnej krwi całym swoim ogródkiem :D Niesamowite to było. Jest :) Koniec dygresji.

 

A wieczorem wybraliśmy się do kina. Takiego fajnego, starego, jedna sala, żaden multiplex. Klimat super, myśmy się tylko trochę obawiały ile zrozumiemy, bo do tej pory, to żeśmy ubłagiwały przy filmach chociaż napisy angielskie, ale w kinie, to tak jakby bez szans na to ;) Ale się udało obejrzeć z poczuciem, że się zrozumiało, komedie romantyczne należą jednak do tych gatunków, które można pojąć nawet, jeśli parę rzeczy umknie.

Koniec krótkiego wpisu.

piątek, 14 października 2011
Na granicy (czasami cierpliwości)

24.IX, sobota

Tradycyjnie: poranne wstawanie = za długie machanie. Wyrosłyśmy na drodze przed ósmą, co chociaż może się nie wydaje, to jest wyczynem, szczególnie ze względu na zmianę czasu, którą zaliczyłyśmy. I ta przedósma, to była wczorajsza przedsiódma, więc bez żartów. Po raz kolejny okazało się, ze można było jeszcze spać, bo pierwszy samochód zatrzymał się po dziewiątej. Ale za to taki, jakie lubimy bardzo – zabudowany pickup :) Z przodu miejsca brak, więc obie, razem z bagażami i Juicem wylądowałyśmy na przyczepie. Ach, jakie to jest miłe tak sobie jechać. Może niezbyt bezpieczne, ale ciągle miłe :) Dojechaliśmy razem do MacDonalda (który nie całkiem był po drodze naszym kierowcom, ale byli tak dobrzy, że... wiadomo :)), przeprowadziłyśmy krótką rozmowę wyjaśniającą kto my, co my, po co, jak i dlaczego i pomachałyśmy na pożegnanie kolejnym bardzo pozytywnie nastawionym do nas ludkom :D Oczywiście jak Mac, to i WiFi, nie próbujemy z tym walczyć. Szczególnie teraz, kiedy przebijałyśmy się do mojego (nie wchodząc w szczegóły pokrewieństwa) wujka w Toronto, a po drodze miałyśmy plan kupić Juicowi klateczkę na powrót. Trzeba było pozostawać w stałym kontakcie.

A no właśnie, klateczka! Kto czytał od początku, ten może pamiętać jak się zakończyło życie naszego kenneliku, nówki sztuki, w Meksyku. Nadszedł czas na znalezienie godnego następcy. Jeszcze kiedy byłyśmy u Magdy, udało nam się namierzyć bardzo fajnie wyglądający kontener w dobrej cenie, do odebrania niedaleko Toronto. Używany, ale raz, japońskiej produkcji, świetnie wyglądający na wstawionych zdjęciach i dobrze rokujący ze względu na podane wymiary. I tak rozpoczęła się korespondencja z Binem – Chińczykiem, który niedawno przeprowadził się do Ameryki. I okazało się, że nie tylko klateczka, ale i właściciel fajny :) Od wyjazdu z Ottawy posyłałam mu regularnie maile, najpierw dopytując szczegółowo o te wszystkie cale, a potem informując, że jesteśmy bliżej i bliżej i że na pewno kupimy. Koniec dygresji.

Ostatni raz odzywałam się w czwartek, a że ten ostatni postój starałyśmy się możliwie skrócić, to wyszło na to, że tylko do wujka napisałam gdzie jesteśmy, a Binowi chciałam dać znać przy następnej okazji.

Drugi stop, w przeciwieństwie do pierwszego był błyskawiczny. I znowu podróżowałyśmy w towarzystwie człowieka doświadczonego wojną w Wietnamie. Smutne to są rzeczy.

A potem wylądowałyśmy na podrzędnym wjeździe na autostradę. I było to doświadczenie frustrujące, ponieważ długo, długo nikt się nie zatrzymał. Dodam jeszcze, że byłyśmy już w takim punkcie trasy, że wszystko, co nas mijało jechało tam gdzie trzeba. Nie było innej opcji. Znalazłam na mapie, że kolejny zjazd jest dużo większy. Jedyny problem był taki, że dostanie się do niego wymagało trzykilometrowego spaceru... Gdybyśmy od razu wiedziały ile czasu spędzimy na tym zakręcie, to już byśmy były na miejscu, ale długo liczyłyśmy na to, że może jednak ktoś... Ale jakoś nikt. No i już, już stałyśmy przy plecakach i przygotowując się do ich dźwignięci kalkulowałyśmy w myślach w jakim stanie będziemy po tych 3 km z całym wyposażeniem i która będzie wtedy godzina, gdy nagle, w ostatniej chwili, problem rozwiązał się sam! Udało się! Zatrzymała się piękna terenówa :D Yesss!

Kto zgadnie? Znowu żołnierz. Tylko teraz, to już było takie bardziej hadrcorowe, chłopak był młodszy od nas, a już po 7 latach służby, Afganistanie i Iraku, snajper na rehabilitacji po kontuzji pleców, która była skutkiem upadku z dachu w czasie pogoni na akcji. Uh... Ciężko było tego nawet słuchać, dla nas to jest tak kosmicznie inny świat... I rozmawialiśmy tak trochę o wojsku, wojnie, a trochę o polowaniach, bo on właśnie z polowania wracał i na polowanie się wybierał. Można znowu zgadywać. Tak, on też mimo że wziął nas na kawałek, to zdecydował, że podrzuci dalej :) Do samej granicy! :D Wiara w dotarcie dziś do Toronto odżyła! I jechaliśmy i gadaliśmy i jechaliśmy i gadaliśmy i...się przejechaliśmy... A właściwie nie „się”, a ostatni zjazd. Spróbuję to wytłumaczyć, choć sama nie do końca rozumiem; przy granicach jest tak, że jak się nie zjedzie w odpowiednim momencie, to się nagle ląduje za daleko i nie ma odwrotu – trzeba przejść kontrolę. Jak dla mnie to jest totalnie głupie, do samego końca powinno być jakieś normalne „w tył zwrot”, z jakiegokolwiek powodu... I to nie, ze ta jedna granica tak ma, bo już Magda nam opowiadała, jak raz odwoziła tatę i został jej postawiony zarzut próby nielegalnego przedostania się na teren USA. Mimo że ona wcale nie próbowała się przedostać. Paranoja, wiem. A my właśnie stałyśmy się powodem, dla którego nasz miły kierowca ładował się w to samo, tylko że DO a nie Z Kanady. Kiedy dojechaliśmy do budki strażniczej, nie było nawet mowy pt. „przepraszam, pomyliłem się”. Wyszło (aż mi się pcha na usta słowo oczywiście), że my miałyśmy w tym wszystkim wielkiego farta, bo pan poinformował nas wielce poważnym tonem, że most, któryśmy właśnie przejechali jest tylko dla ruchu samochodowego i przekraczanie go na piechotę jest zabronione. Myśmy takich rzeczy nawet nie sprawdzały, znalazłyśmy sobie punkt na mapie, w którym zamierzałyśmy przejść do Kanady i tyle. Ciekawe jakby się to skończyło, gdyby nie ta pomyłka, bo jakoś nie spodziewam się, żeby były tłumy chętnych do wzięcia sobie autostopowiczów na kilkaset metrów przed granicą ;) No, ale byłysmy już za mostem, teraz nadszedł czas na wyjście z twarzą (twarzami i jednym pyskiem w zasadzie) z tej sytuacji. Nam się średnio cała zabawa podobała chociażby z tego względu, że jakoś tak, nie miałyśmy pewności, co celnicy powiedzą na nasze plecaki załadowane transportem psich butów i miałyśmy nadzieję, że (tak jak zwykle) nawet do nich nie zajrzą i tyle. Ale zapowiadało się coś z zupełnie innej beczki. Pan w okienku przepytał nas na okoliczność posiadania broni i narkotyków, wynotował na kolorowej karteczce zgłoszony grzecznie przez Wandę spray na niedźwiedzie, dodał uwagę „wrong turn?” i.... i.... i.....? I wskazał nam drogę wprost na punkt kontrolny. Tak, tak, tak! Tego właśnie nam brakowało! Po co nudne przechodzenie przez granicę z niemrawym rzutem oka w paszporty? No po co? Takie kontrole, to na zorganizowanych wycieczkach z przewodnikiem przecież... Ale dobra, westchnęliśmy i pojechaliśmy. Wielce napompowana swą pozycją pani celnik przyspieszonym, twardym marszem przemierzyła trasę biurko-samochód, zarządziła wymarsz z pojazdu, łypała na nas okiem podejrzewającym nas o najgorsze zbrodnie tego świata i w asyście pomocnika(ów?) otworzyła bagażnik. W tym momencie mina naszego kierowcy zrzedła i podzielił się z nami swoim lekko przerażonym „Mam nadzieję, że brat zabrał broń...”. Ekhm? Że co? Nie wiem czemu, ale nam nawet powieka nie drgnęła, kiedy kilka minut temu powiedział panu w budce, że nie ma przy sobie żadnej spluwy. A przecież wiedziałyśmy, że jedzie z polowania. No a teraz powiedział, że brat, z którym rano strzelali MIAŁ zabrać wszystko, ale nie ma pewności, czy to zrobił. Aha... Od tego momentu uważniej obserwowaliśmy kontrolę. Nie musieliśmy długo czekać, przy bagażniku zrobił się mały szum, mundurowi cofnęli o krok i skinęli na „naszego” żołnierza. Ten zrezygnowany podszedł i spojrzawszy na wykrytego shotguna, kiwnął potakująco potwierdzając bycie właścicielem broni. Nie usłyszałyśmy słów, które popłynęły z ust pani celnik, ale reakcja kierowcy, którą było pełne załamania odchylenie głowy i spojrzenie w niebo, z towarzyszącym temu jęknięciem, była wystarczająco wymowna. I to był ostatni raz, kiedy go widziałyśmy, nie zdążyłyśmy mu ani podziękować, ani nawet zapytać o imię.

Ale choć był to koniec przygody z żołnierzem, to kontrola dopiero się rozkręcała. Pani zrobiła się jeszcze bardziej spięta, jaj usta były już tylko wąziutką linią pod nosem, my miałyśmy się za bardzo nie ruszać, nie trzymać rąk w kieszeniach, nie dotykać telefonu. I nie siedzieć na barierce ;) Celnicy przyszturmowali samochód, wybebeszyli, a potem jeszcze obwąchali swoim psem (który tak na marginesie, powinien popracować nad emocjami, bo tak się wypyszczał na Juica, że raczej mu nie jest łatwo w życiu). Nic ciekawego nie udało się już znaleźć, Wanda się tam jeszcze pani celnik spowiadała, ale nie wiem dokładnie z czego, psich butów w każdym razie nie chcieli nam zabrać ;) W sumie nie dziwne - jak się szuka spluw, czy narkotyków, to kto by się przejmował czterdziestoma parami mikro papuciów? :D Rozstaliśmy się z punktem granicznym w bardzo już miłej atmosferze, szkoda tylko, że po zwróceniu dokumentów nie wykonałyśmy natychmiastowego wymarszu, bo przez to pani zdążyła sobie jeszcze przypomnieć, że właściwie, to ona chce nam w papierach zrobić notkę, że byłyśmy w samochodzie, który nielegalnie próbował przekroczyć granicę z ukrytą, niezgłoszoną bronią w bagażniku. Mam nadzieję, że nam się to nigdy czkawką nie odbije. No i szkoda chłopaka, który chciał nam pomóc, a tylko sobie kłopotów narobił... Gdyby kiedyś tu trafił, to pozdrawiamy, przepraszamy i dziękujemy bardzo!!

Tyle się zadziało, a to jeszcze nie koniec dnia! Był właściwie jakaś czwarta dopiero, o ile mnie pamięć nie myli. A, jeden pan celnik poinformował nas jeszcze na odchodnym, że autostopowanie jest w Kanadzie zabronione. Trochę tak się dziwnie zrobiło, bo niby co miałyśmy mu powiedzieć? Ale on sam dodał, że on jest strażnik, nie policjant i nie zamierza nikogo powiadamiać, tylko chce, żebyśmy wiedziały i uważały. Z tego, co sprawdziłam (i co nam się już wtedy wydawało), to nie miał racji. Phi. Dobra, stanęliśmy sobie asekuracyjnie w spokojnym, nie przeszkadzającym nikomu miejscu. Takim, koło którego jechały tylko ciężarówki, które właśnie przekroczyły granicę. I znowu coś nie szło. Zjadłyśmy sobie „obiad” machając na zmianę, zdążyłyśmy odetchnąć po całej godzinie spędzonej niemal na baczność, a tu dalej nic. I znowu już zdecydowałyśmy, że czas coś zmienić, wrzuciłyśmy plecaki i zaczęłyśmy przemierzać trawnik, żeby wylądować w miejscu mniej wygodnym, ale takim, którym mknęły często i gęsto osobówki. Ja już byłam za połową niezbyt dalekiej drogi, kiedy usłyszałam, że Wanda z tyłu coś wykrzykuje. Odwróciłam się i zdziwiona stwierdziłam, że ona jest właściwie tam, gdzie była, ale co lepsze – stoi koło niej mała ciężarówka :) Biegusiem w tył zwrot! Okazało się, że Wanda podążając za mną machnęła jeszcze raz od niechcenia i traf chciał, że w dobrym momencie :) Szepnęła mi tylko, że jakiś dziwny Arab siedzi za kierownicą, ale chyba jest ok. Ustaliliśmy, ze trasa pasuje nam więcej niż bardzo, bo biegnie właściwie tuż koło domu Bina! :) Rewelacja! Jedyny problem był taki, ze Bin nie wiedział, że my już tak blisko ;)

Załadowaliśmy się, ja tym razem z tyłu dusiłam się pod skórzaną zasłonką, która zgodnie z życzeniem kierowcy była zaciągnięta, żeby nie było widać nadprogramowego pasażera. A Wanda prowadziła z przodu ożywioną dyskusją na tematy przeróżne! A, pan nie bł Arabem, tylko Malezyjczykiem ;) i interesował się chyba wszystkim. Na warsztat zostało wzięte min. przedyskutowanie systemów politycznych, ich plusów i minusów z głęboką analizą ekonomiczną, efekt cieplarniany i chyba ulubiony – przeludnienie :) Całość uatrakcyjniał niesamowicie zabawny malezyjski akcent i pojawiający się od czasu do czasu śmiech, który przypominał raczej nieporadne wypowiedzenie kolejnego angielskiego słówka, niż prawdziwą reakcję emocjonalną. „Hiehiehiehie”. Pan był bardzo sympatyczny i baardzo rozmowny:) Pod koniec podróży dzięki wspólnemu wysiłkowi umysłowemu, który pokonał liczne niesprzyjające okoliczności, udało nam się dodzwonić do mojego wujka, poinformować go gdzie jesteśmy i umówić się, że po nas przyjedzie. Niestety nie udało się skontaktować z Binem. Malezyjczyk był tak miły, że dowiózł nas pod same „drzwi klateczki” :) Zanim jednak zapukaliśmy zdążyliśmy poznać kolejnych dobrych ludzi – sąsiadów z naprzeciwka, których z domu wyciągnął widok wyładowujących się na trawnik dwóch dziewczyn z psem i sterta bagażu. Wysłuchali naszych opowieści, przynieśli wody i zaoferowali pomoc, gdybyśmy tylko potrzebowały :) Na świecie jest naprawdę sporo fajnych ludzi, trzeba tylko ich spotkać ;)

No i w końcu wyrośliśmy przed obliczem Bina. Niezapowiedziani jak trzeba, ale przyjęci bardzo miło zarówno przez niego, jak i jego żonę Jennifer. Spędziliśmy razem dobrze ponad godzinę pogryzając czipsy, pijąc herbatę i rozmawiając zarówno o naszych podróżach, jak i o Chinach, Polsce, no i psach oczywiście :) Juicy przyzwyczajał sięw garażu do nowej klateczki, a nam towarzyszył czarny labek gospodarzy. Nie wiem jak to się stało, ale nie mamy żadnego zdjęcia z tej wizyty :( W ogóle ten dzień nie był najlepszy, jeśli chodzi o dokumentację, ech, chyba ciśnienie końca wyprawy dało o sobie znać :(

Kiedy przyjechał Chris (mój wujek) pożegnaliśmy się z Binem i Jennifer, uwolniliśmy radosnego Juica, załadowaliśmy powiększający się dobytek do samochodu i ruszyliśmy w ostatni etap podróży. Zanim dotarliśmy do domu zrobiła się późna noc, a zanim zakończyliśmy rozmowy i podziwianie uroczego domku Chrisa, było już dobrze po północy.

Dobranoc Toronto.

 

 
1 , 2 , 3
Locations of Site Visitors