Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
poniedziałek, 26 września 2011
Nie wieczna, ale zmarzlina

15.IX, czwartek

 



Poranek był masakryczny + zimno i pada i zimno i pada. Przestawiłyśmy budziki z ambitnej 6.45 na 7.30 i czekałyśmy aż dudnienie kropel ustanie. Kiedy się troszkę uspokoiło, zdecydowałyśmy, że trzeba się zwijać. Rozsunięcie namiotu nie było miłym doświadczeniem, szare, ponure niebo i zimny wiatr ani trochę nie zachęcały do wyjścia. Ale jak mus, to mus, zależało nam bardzo na dotarciu do Chicago jeszcze w tego dnia. Spakowałyśmy się, popytałyśmy bezskutecznie kierowców tirowców z parkingu o podwózkę, po czym wyszłyśmy łapać na drogę. I zimno i pada i zimno i pada. Dopiero teraz byłyśmy w stanie naprawdę docenić to, jak piękną pogodę do tej pory miałyśmy. Postałyśmy może z pół godziny i zarządziłyśmy odwrót. Zmarznięte i mokre wskoczyłyśmy do przedsionka stacji Pilot. Niestety nie było nam dane postać tam zbyt długo... Grzecznie, ale stanowczo zostałyśmy wyproszone, argument był silny – obsługa spodziewała się wizytacji jakiegoś szefa szefów, a my wyglądałyśmy bardzo nieestetycznie i niefunkcjonalnie ściskając się z naszymi plecakami, psami i wszystkim na małej przestrzeni między trzema parami drzwi. Nieco nas zaskoczyło, że nie pozwolili nam stać nawet na zewnątrz, no ale co zrobić. Woda w sandałach chlupała, z Juica ciekło. Szczęśliwie udało nam się uzyskać pomoc od właściciela sklepu z oponami, który pozwolił nam wrzucić rzeczy do starej przyczepy od ciężarówki. Zamontowałyśmy się tam, Wanda poszła dalej męczyć truckersów, a ja zasnęłam w kucznej pozycji embrionalnej magazynując ciepło, które i tak uciekało sobie przez stopy.



Po jakiejś godzinie dojrzałam do podjęcia wysiłku wyciągnięcia skarpet i zakrytych butów. Punkt za odwagę, szkoda, że tak późno. Zabezpieczona przed zimnem wyruszyłam w eskorcie Juica na kolejną rundę „Are you going to Chicago?”. Wanda walczyła o swoje ciepło pilnując rzeczy w trailerze. I tak od drzwi do drzwi, odsyłana z kwitkiem, zauważyłam w pewnym momencie, że za moimi plecami zmaterializowały się dwa samochody. Dreszczyk emocji? Słusznie. Oba miały na bokach białe pasy z czarnymi literami układającymi się w swojsko brzmiące słowo P-O-L-I-C-E. Great. No cóż, otworzyłyśmy wczoraj naszą własną amerykańską historię wykroczeń, to czemu by na świeżo nie dopisać kolejnego rozdziału, prawda? Było mi zimno, mokro, byłam zmęczona i wkurzona tym, że tkwimy w jednym miejscu od czterech godzin i właśnie tego mi brakowało- policyjnego nalotu. Ręce mi opadły i pilnowałam się tylko, żeby im się nie rozpłakać w twarz. Zrezygnowana wskazałam drogę do naszych ID zabunkrowanych w starym opuszczonym trailerze na drugim końcu parkingu. Dowiedziałam się też uroczego faktu, że w stanie Ohio, w którym to właśnie mamy przyjemność się znajdować autostopowanie jest zabronione. I to jako takie, nie tylko na autostradzie. Rewelacyjna wiadomość dla kogoś, kto znajduje się w samym środku, 300 km od granicy stanu, za to bardzo blisko granicy swojej wytrzymałości. Pochwaliłyśmy się naszymi polskimi dokumentami, przedyskutowałyśmy wątpliwości państwa obsługujących stację, opowiedziałyśmy trochę o naszym pomyśle na spędzanie wakacji, twarze funkcjonariuszy nabierały coraz łagodniejszego wyrazu i ostatecznie rozstaliśmy się w bardzo miłej atmosferze. Panowie byli niemal że kochani, powtarzali, że nie jesteśmy „in trouble”, próbowali znaleźć rozwiązanie sytuacji, ale oczywiście nie mogli powiedzieć idźcie i łapcie stopa gdzie indziej. Ustaliliśmy, ze wynosimy się z okolic Pilota i nie męczymy „ich” kierowców. Powiedzieli nam jeszcze, ze niedaleko jest miejsce, gdzie truckerzy często jadają obiad i może tam nam się poszczęści. :)

 

Przez kolejną godzinę nam się jakoś nie bardzo szczęściło, ale kiedy wreszcie zatrzymał się samochód, to normalnie skrzydeł dostałam. W międzyczasie pogoda się nieco poprawiła, więc nastroje były o niebo lepsze.



Dug, były żołnierz, który miał nieszczęście brać udział w wojnie w Wietnamie podwiózł nas do Toledo. Dobra pogoda przełożyła się bezpośrednio na dobrą passę, bo już po kilkunastu minutach miałyśmy transport prawie do samego Chicago :) I to w dodatku zabudowanym pickupem, dzięki czemu nadrobiłam nieco blog rozłożona po królewsku z tyłu na naszych tobołach :)



Juicy jest już weteranem, jazda w przyczepie, wśród telepiącego się wszystkiego nie przeszkadzała mu wcale w tym, żeby sobie spać. Nawet, to, że co jakiś czas zdarzało nam się wjechać na linię wydzielającą pobocze nie robiło na nim wrażenia. A hałas jest przy tym konkretny i jeszcze na początku naszej przygody pies przy każdym takim dźwięku przechodził w stan pełnej gotowości do walki o swoje życie. Sympatyczny starszy pan dowiózł nas do miasta. W Chicago miałyśmy kontakt od naszych polskich znajomych. I co, wygląda na to, że znowu nam się udało? Prawie. O tyle prawie, że minęła 20, było ciemno, a Chicago jest duże. Ciągle znajdowałyśmy się prawie 40 km od domu pana Andrzeja. Uaaa! Wanda chciała załapać się na podwózkę z którymiś z ludzi opuszczających centrum handlowe, ale jakoś nikt się nie kwapił nawet do otwarcia okna. Zresztą trudno się dziwić – kto ma ochotę na kontakt z zakapturzonym osobnikiem wyglądającym na włóczęgę? A jeszcze po zmroku? Powodzenia. Przespacerowałyśmy się na stację kolejową, co zajęło nam prawie godzinę, na rozkładzie jazdy wyczytałyśmy, że został już tylko ostatni pociąg, który odjeżdża za godzinę i wcale nie miałyśmy gwarancji, że nam to rozwiąże problem, bo on dowiózłby nas tylko do downtown. Nie wiadomo, czy byłoby ise w co przesiąść ani o której byśmy dojechały do pana Janusza, ale rokowania były takie, że jeśli już, to około północy. Byłyśmy gotowe się poddać i przespać gdzieś w okolicy stacji, która była bardzo ładna.

 



Wykonałyśmy jeszcze ostatni telefon, żeby przeprosić za zamieszanie i powiedzieć, ze niestety nie damy rady. I znowu miałyśmy szczęście i znowu doświadczyłyśmy ogromnej ludzkiej życzliwości. Pan Andrzej zapytał swoich znajomych, czy nie mogliby po nas podjechać! I oni mogli, i się zgodzili, i godiznę później, w towarzystwie Darka i Joli, zbliżałyśmy się już do osiedla niedaleko lotniska. Przejście przez próg domu było jak przejście do innego świata, nie tylko ze względu na język, ale na polskie wnętrze, polskie produkty, gazety, a nawet włączone polskie radio :) To było trochę, jakby nas ktoś zastukał w ramię „Hej, hej! Pamiętacie, że za dwa tygodnie koniec tego co za drzwiami?”. Nie słuchałyśmy tego głosu! ;) Zjadłyśmy szybką kolację, chwilę porozmawiałyśmy z gospodarzem i jego żoną Zuzanną. Pan Andrzej, przemiły człowiek, jest prezesem Stowarzyszenia Emigracji Polskiej, wielka szkoda, ze to nasze spotkanie było tak na szybko i nie mieliśmy s=czasu porozmawiać :( Zapraszamy na stronę stowarzyszenia: http://www.sepchicago.org/. Swoją drogą może nie wszyscy wiedzą, ale Chicago jest po Polsce drugim największym skupiskiem ludności polskiej. Zanim poszliśmy spać minęła północ, ale  za to wstałyśmy dobrze po dziewiątej. Oj, miło było się wyleżeć w łóżku :)

 

16. IX, piątek

 

Przy naszych blogowych opóźnieniach byłoby dobrze ominąć szczegóły, ale one są dosyć istotne, szczególnie, żeby przedstawić jak wielki fart się nas trzyma. Kiedy skontaktowałyśmy się z panem Andrzejem okazało się, że on właśnie wybiera się do Polski. I że leci w piątek i to o podobnej godzinie do tej, o której miała przylecieć Marti ze Spinem :) I my właśnie potrzebowałyśmy się przedostać na lotnisko, żeby się z nimi spotkać i razem pojechać do Milwaukee. No i wyszło na to, że znowu nie musimy się za dużo martwić, bo się wszystko dobrze poskładało. Rano poskładało się nawet jeszcze lepiej, bo poznałyśmy Agatę (swoją drogą hodowcę polskich owczarków nizinnych ;)), która zaproponowała, że ona nas zawiezie. Był to bardzo miłe, a pomysł świetny, bo tym sposobem wszyscy podróżowaliśmy w dużo lepszym komforcie, nie opóźniałyśmy w żaden sposób wyjazdu pana Andrzeja, no i nie trzeba było się gimnastykować z tym, że my na międzystanowe przyloty, a oni na międzynarodowe odloty. O tym wcale wcześniej nie myślałyśmy, a lotnisko w Chicago, to nie Okęcie i byłoby sporo zamieszania. Ostatecznie jednak, dzięki życzliwości ludzkiej i kolejnym „zbiegom okoliczności” wszystko poszło jak po maśle.



 

I przedsmak końcówki września:



 

 



Ja już sama się gubię i nie wiem co pisałam, a czego nia, ale mam wrażenie, że w końcu nie zostało powiedziane, co my właściwie wyprawiamy przebijając się z Ottawy do USA zamiast do Toronto, skoro „zaraz” odlatuje nasz samolot (z Toronto właśnie). Spieszę więc wyjaśnić. Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu, kiedy to zaczęłyśmy na naszej wędrówce spotykać aussikowych ludzi. A oni zaczęli nas pytać, czy wybieramy się na Nationalsy – finały wszystkich organizowanych w ciągu roku przez ASCA zawodów. I my mówiłyśmy, ze nie, że nie damy rady, bo we wrześniu będziemy w Ottawie, a potem w Toronto, a potem wracamy, a zawody są tylko 10 dni przed naszym wylotem, więc bez szans. Ale jak to z nami bywa – pozmieniało nam się. Poznawałyśmy coraz więcej ludzi, coraz więcej z nich pytało o te zawody, a część kusiła ponownym spotkaniem. I wreszcie, ostatniego dnia, jaki spędziłyśmy u Betty pierwszy raz poważnie pomyślałyśmy o takim poprzekręcaniu wszystkiego, żeby się udało. I następnego dnia rozpoczęłyśmy naszą podróż do Mela, która była pierwszym etapem zmodyfikowanych planów :) O. Nie wiem,czy to zrozumiałe, ale naprawdę tak było ;)

I w piątek po południu czekałyśmy sobie o tak:

 

z przylecianym Spinem na Marti, która pobiegła wynająć samochód. I wieczorem byliśmy wszyscy razem w Fair Park koło Milwaukee, gdzie wszystko było już zwarte i gotowe, żeby od soboty ruszyć z imprezą :D

 

piątek, 23 września 2011
Cuda, cuda ;)

14.IX, środa

Prysznic z rana jak śmietana i w drogę. Motywację do pobudki miałyśmy dobrą, bo Andrew ruszał do pracy o 7.15. Podrzucił nas na autostradę, przedreptałyśmy sobie do entransa, miejsce było średnie, ale przynajmniej nie minęłyśmy tablicy, że jesteśmy prohibited. Nie minęło 10 minut, a już zatrzymał się samochód! :) Nawet nie zauważyłam, bo gmerałam coś przy plecakach, ale Wanda mnie poinformowała, krótko i zwięźle, komunikat brzmiał „Magda, policja...”. No tak, tabliczki nie było, ale jednak autostrada, to autostrada. Ruszyłyśmy pokornie w kierunku funkcjonariusza, przeliczając, ile cheesburgerów mieści się w 200 dolarach, które zaraz stracimy. ALE... Ale pan był tak miły jak Mel Gibson albo Robert Deniro na jakimś amerykańskim filmie. Zasugerował nam miejsce zgodne z prawem i jeszcze zaproponował podwiezienie :) Tylko jak zobaczył Juica, to musiał się wycofać, bo nie był allowed to brać pies do radiowóz. Czy to nie piękna historia? No dobra, wylegitymował nas w międzyczasie i zniknął z dowodami w swoim samochodzie na dobrych kilka minut, więc prawdopodobnie założyłyśmy sobie dzisiaj amerykańską kartotekę, ale nawet jeśli, to figurujemy tam jako niekarane.

Przeprosiłyśmy, podziękowałyśmy i obciążone plecakami i nowym doświadczeniem ruszyłyśmy w poszukiwaniu legalnego miejsca. Traf chciał, że zupełnie niespodziewanie stanął nam na drodze Ronald. Ronald McDonald we własnej osobie no i oczywiście musiałyśmy zajrzeć do internetu. I oczywiście zeszło się dłużej niż powinno, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – zagadał do nas gościu, którego zastanowiło nasze wegetowanie przed Makiem i tak od słowa do słowa wyszło tak, że w końcu pojechałyśmy z nim na farmę karmić konie, a potem podrzucił nas na drogę równoległą do autostrady, a prowadzącą tam, gdzie trzeba. O samym Guyu też można by stronę wyprodukować, ale powstrzymam się i opowiem jedną z jego historii, która jest naprawdę świetna.



Pewnego dnia jeden z ogierów poczuł w głębi swojego jestestwa, że muuusi do klaczy tu i teraz. Klaczki były, ale niekoniecznie 'tu', więc musiał biedny ogier rozwalić ogrodzenie, by się do nich dostać. Sprawa niemal rozwiązana, ale jak to z kobietami bywa, klaczki miały inne plany na spędzenie dnia i zabrały się za ucieczkę. Kółka po padoku niewiele dawały, więc panie konie też staranowały swoje ogrodzenie i dawaj w długą. Po drugiej stronie drogi Hindusi mieli swoją świątynię i akurat tego dnia, z okazji wielkiej uroczystości było ich tam całe mnóstwo. Hidusi się modlą, rozszalałe konie galopują dookoła budynku, Hindusi wybiegają i w ryk i w krzyk. Przerażony Guy przyleciał łapać zwierzeta i przepraszać ludzi, a tu - niespodzianka! Okazało się że krzyki nie były z rozpaczy, ale z duchowego uniesienia, bo konie są uważane za zwierzęta-opiekunów, a cała galopada została odczytana jako znak boży, cud i w ogóle :) I jeszcze później sprezentowali Guyowi z tej okazji wielki trailer na siano :)

Takie cuda się dzieją proszę państwa :)

A  na samej farmie żeśmy trochę posocjalizowali Juica, któy mnie zaskoczył swoim spokojem przy koniach, które wielokrotnie do tej pory bywały straszne.

 





Ja się na koniach za bardzo nie znam, ale jedno takie cudo biegało po padoku, że ciężko było wzrok oderwać. Roczny pan George, fryzyjczyk:



I pan Juicy, exkanadyjczyk ;)



 

I jeszcze filmik socjalizacyjny ;)

 

Przebiliśmy się razem z Guyem do wspomnianej drogi równoległej do autosrady i szczęśliwie bardzo szybko złapałyśmy trucka, którym wróciłyśmy na właściwe tory. Kierowca dopisał się do naszej listy miłych ludzi, którzy zobili dla nas dodatkowe kilometry, nadłożył ich ze 30 i podrzucił nas na punkt postojowy dla ciężarówek, gdzie zupełnie niespodziewanie dla pewnego Hectora, wprosiłyśmy mu się do trucka :) Sam mówił, że jak się zbliżałam, to już kręcił głową na nie, otworzył drzwi i już miał otworzyć usta dla krótkiego „no”, ale byłam szybsza, przez co miał okazję usłyszeć zagraniczny akcent. To go trochę ruszyło i po złożeniu obietnicy, że go nie zamordujemy dostałyśmy zaproszenie do środka :) Przejechaliśmy wspólnie dobre 200km, po drodze zajeżdżając po ładunek, którym okazały się być majonezy. Mniam :) Nie można było się poczęstować, ale sama świadomość wiezienia kilkunastu ton białej brei była bardzo miła ;) Hector często powtarzał, że nikt mu nie uwierzy, że wziął autostopowiczów, więc miałam okazję porozmawiać przez telefon z jego synem i dwoma kolegami, którzy już teraz nie mają wątpliwości co do tego, że jesteśmy prawdziwe.

Wieczorem, znowu dzięki życzliwej, nieplanowanej modyfikacji trasy zostałyśmy podrzucone na kolejną truckową stację, gdzie namierzyłyśmy najpiękniejszy podnamiotowy trawniczek ever. No po prostu jak z podręcznika, trawka gęsta, czysta, przystrzyżona, jeszcze w dodatku oddalona od głównego parkingu i wyizolowana z jednej strony płotkeim a z drugiej iglaczkami. Poezja. Pożegnalna fotka z Hectorem– niepodważalny dowód naszej wspólnej drogi:

 

Fotka trawniczka:

 

i z przyjemnością zabralyśmy się za stawianie 'domu'.

Goodnight.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Locations of Site Visitors