Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
środa, 22 sierpnia 2012
Gość, gościa... gościu

28,29 VII

Z Kateriną dojechałyśmy już bardzo blisko Mikkeli, gdzie byłyśmy umówione z  Gabi (która jest właścicielką Juicowego rodziciela – pana SciFiego). Pisząc „bardzo blisko”, mam na myśli, że miałyśmy do pokonania jakieś 100 kilometrów. Można by je przeliczyć szybko na godzinę-półtorej, ale tym razem takie obliczenia by się nie sprawdziły. I zaskoczę niektórych, bo nie będzie to kolejna opowieść o utykaniu i tym, jakie jeżdżenie stopem bywa trudne i jak ważne, by się tym nie przejmować ;) Tym razem stało się coś zupełnie innego. Nasłuchałyśmy się już o tym, jak słabo będzie nam się jeździło w Finlandii, jak bardzo niespołeczni ludzie tam mieszkają i różne takie . Spacerowaliśmy sobie wzdłuż bocznej szosy, żeby dotrzeć do głównej na Mikkeli, było miło, ciepło, okolica ładna, nie spieszyło nam się szczególnie, więc tak żeśmy sobie w drodze bez wielkiego ciśnienia machały, jak coś przejeżdżało, żeby ewentualnie przewieźć nasze leniwe zadki kilka kilometrów. Pan Juicy zażył nawet w międzyczasie kąpieli dla schłodzenia ciała zaskoczonego ilością słońca. Raz na parę minut samochód i nagle masz! Zatrzymują się! Państwo w średnim (starszym?) wieku, którzy bez zbędnych dywagacji pozwalają nam się ładować, nie przejmując się nawet nieco wilgotnym kundlem :) Na szybie mieli naklejkę grzywacza chińskiego, co nieco wyjaśniało ich niefrasobliwość w psim temacie. No i teraz uwaga – mieliśmy z nimi do przejechania dwa, może trzy kilometry i w czasie tej krótkiej drogi dostałyśmy propozycję odwiedzenia ich na pobliskiej działce. Widać było, ze propozycja szczera i radosna, dla nas super, czemu nie? :) I sobie pojechaliśmy zakrętami przez las do małego domku nad jeziorem. Znowu miłe towarzystwo, oglądanie „włości”, kawa, ciastka, rozmowy, kąpiel w jeziorze :) Zaraz jak przyjechaliśmy uaktywniły się trzy grzywki – wszystkie darły japiszcza, przy czym jedna dość szybko przekonała się do nas i Juica, duga prowadziła podchody skupiając się, żeby nie przejść za blisko mojego psa, a trzecia wlazła pod kanapę i wydostała się z niej dopiero pod koniec naszej wizyty, ale i to nie o własnych siłach i woli ;)

 





Tacy to niegościnni ludzie w tej Finlandii! Szkoda wielka, bo mieliśmy maile do państwa, ale niestety dwa tygodnie później zostały uprane w Wandy spodniach :( głupio mi, bo nawet imion nie pamiętam, ale z tymi imionami zagranicznymi, to jak z nowymi słowami – ciężko się nauczyć… Tak, czy inaczej Pani podrzuciła nas na szosę, gdzie spędziłyśmy tylko chwilę i już mknęłyśmy Beemką na spotkanie z Gabi i SciFim.

Galeria handlowa w Mikkeli. WiFi +lody wyprodukowane przez naszego ostatniego kierowcę :)



Musze się streszczać i zastanawiam się, jak krótko opisać naszą wizytę w wonderful summer cottage place. I właśnie zastanawiając się nad tym, uświadomiłam sobie, że ona naprawdę była krótka, choć w mojej głowie jawi się teraz jako co najmniej trzy dni. A w rzeczywistości to było ledwie półtora! Niesamowite. Ok, spróbujmy trzy słowa: półwysep, rodzina, sauna. Kolejne trzy: psy, posiłki, ruch. To tak najkrócej :) A choć trochę rozwijając  - działka położona była na samym końcu jednego z półwyspów sięgających w głąb pięknego jeziora, kilka drewnianych budynków, wśród których specjalne miejsce zajmowała sauna. Poznałyśmy chyba połowę rodziny Gabi (czyli jakieś 10 osób :)) i niezwykle miło spędzaliśmy razem czas, rozmawiając przy wspólnych posiłkach, wygrzewaniu się w saunie, chłodzeniu w jeziorze, przyglądaniu się wariującym dookoła psom. Juicy super się dogadał ze SciFim, zapewniali sobie nawzajem(i nam) mnóstwo atrakcji, trochę trudniej było z Sarą, która była wybitnie niezadowolona z niezaproszonego przez nią gościa i szczekała mu prosto w ucho próbując przegonić gdzie pieprz rośnie. Zabawy dwóch panów też jej nie odpowiadały i czuła się w obowiązku podejmować każdorazowo próbę przerwania ich. Juicy był na początku mocno zdezorientowany, o czym ten czarny pies do niego w ogóle mówi, ale już drugiego dnia uznał, że to doskonale mieć taką Sarę i wreszcie ma kogoś, kogo tak łatwo sprowokować do gonitwy, komu tak łatwo umknąć i w ogóle ubaw po pachy! Przebiegał jej pod nosem, potem na pełnym speedzie uciekał, ale jeśli starsza pani odstawała, to się zatrzymywał, a jak była dostatecznie blisko, to ruszał znowu, niemal ją po drodze potrącając. I naprawdę było widać, że go to niezwykle bawi i naprawdę nie bawiło to specjalnie Sary, ale też nie potrafiła się biedna zdystansować i sobie odpuścić ;) W temacie sportów, to w Finlandii ruch jest bardzo popularny , powszechny i wspierany, do czego szczególnie Wanda wzdychała z sentymentem. No fakt, muszę przyznać, że u nas w kraju jeszcze w szkole ma się wrażenie, że dzieci dzieli się na mądre i na wysportowane. Przykre to. Miałyśmy okazję i przyjemność poprzebywać w innym środowisku, w którym przynależność do jednej grupy nie przeszkadzała we wpisywaniu się także w tę drugą. Wspaniałe wzorce :) Także dyskusji o sporcie i wynikach nie brakowało (do tego olimpiada w trakcie!), a w ramach naszego własnego ruchu, to była i wycieczka łódką po jeziorze i lekcja strzelania z łuku (trudniejsze w wykonaniu niż wygląda!) i trochę tenisa, który mnie jakoś nie przekonał, ale Wandę pochłonął bez reszty ;) Można powiedzieć też, że prawie zrobiłyśmy przebieżkę 5km ;) Z akcentem na PRAWIE :D Dużo w każdym razie o tym rozmawiałyśmy Joni i Ricu regularnie robią sobie taki wyścig do skrzynki na listy(i są już blisko pobicia rekordu swojego wujka Bobbyego). Może spróbujemy następnym razem ;)

Juicy zrobił kolejny krok w temacie bratania się z wodą – wykonał kilka pierwszych w swoim życiu świadomych i zamierzonych ;) skoków po aport! Ależ przeżycie! Chyba większe dla mnie niż dla niego ;)

Ach, no i sauna! Tu praktycznie każdy ma saunę – na działce, w domu, w mieszkaniu. Myśmy trafiły na opcję najfajniejszą, bo z chłodzeniem się w jeziorze :) No i może jeszcze wewnętrznie napojami do tego przystosowanymi. Kilka rundek ciepło-zimno i od razu więcej życia w człowieku. Dopisałam saunę do listy fajnych rzeczy do uskutecznienia na mojej potencjalnej farmie ;)

Juicy zupełnie stracił dla ojca głowę!

uważam, że dość klimatyczne :)

trochę z wiosłowania (kapoki idealnie wpisały sie w temat wyprawy :))



Trochę nam się zeszło i po jakiejś godzinie próbowania złapania kropel tryskających spod wioseł pies padł ;)

komitet powitalny :)



I na kolejnym pomoście:

możemy udawać, ze jestem świetną łuczniczką ;)

Ale pieski zostały na wszelki wypadek zdjęte z pola rażenia:)

Ale nie musimy udawać, że Wanda świetnie ogarnia machanie rakietą. nikt nie wierzył, że grała jakiś trzeci raz w życiu :)



 

Tu foty gastronomiczne. Najpierw klasycznie werandowo:

A tu mniej klasycznie ogniskowo – wersja naleśnikowa i gulaszowa:



Muszę przyznać, że to gotowanie na ognisku było super rozwiązaniem, bo choć głównie jedna osoba nim zarządzała, to wszyscy siedzieli wokół i rozmawiali. A było z nimi o czym rozmawiać :)  Bardzo mili i ciekawi ludzie. No i fajna Rodzina.

Juicy miał egzamin ze sztuczek (przeprowadzenie go pod koniec ekscytującego dnia zaowocowało dość oryginalnym wykonaniem wielu komend ;))



Jeszcze trochę klimatów wieczorno-sunsetowych:



 





Tak nam się właśnie żyło beztrosko i z jednej strony czas przeleciał jak z bicza strzeli, z drugiej wspomnień jest tyle, że niemal niemożliwe wydaje się, że to były tylko dwa dni. Dziękujemy! :D

 

Zdjęć z sauny nie ma i nie będzie ;)

wtorek, 07 sierpnia 2012
Miś Paddington nie lubi

27.VII

Tego dnia Paddingtona obudziły krople deszczu uderzające o  namiot. ‘Och nie’- pomyślał miś-‘znowu?’.’ To nie może być prawda’- dodał półgłosem i przewrócił się na drugi bok, bo wiadomo, że jak się nie chce wstawać w deszczu, to nie należy tego robić wcale, dopóki pada. Miś nie lubił deszczu, ale całkiem spodobało mu się, że musi dalej spać. To chyba jednak nie miał być jego szczęśliwy dzień, bo ledwo się wygodnie ułożył, a już dudnienie ucichło i ludzie zaczęli wyłazić ze swoich worków... Miś otrzepał się z resztek potencjalnego snu i powęszył po okolicy. Po szybkim śniadaniu zasiadł przy drodze, na swojej ulubionej pozycji stróża i termofora plecaków. Ludzie machali samochodom, a tysiące moskitów krążyły nad głowami, nie zważając na to, że pogoda zdążyła się już mocno poprawić. Czarne, maleńkie muszki właziły pod gęste futro Paddingtona i kąsały go wszędzie, gdzie tylko się dało. Miś  próbował podskakiwać i wyrzucał łapki na boki i do góry, ale nic to nie dawało, owady były wszędzie i gryzły bez litości! Już niemal całkowicie ogarnęła go czarna rozpacz, kiedy przypomniał sobie, że ma przecież swój ukochany sztormiaczek! Ubrał się jak najprędzej, naciągnął kaptur na głowę i odetchnął z ulgą. Co za szczęście, że zabrał sztormiak w podróż! Odgonił łapką z mordki stadko czarnych krwiopijców i popatrzył ze smutkiem na kolejny samochód, który zamiast się zatrzymać, pomknął z ogromną prędkością dalej. Na czubku mokrego nosa pojawił się kolejny czarny punkcik. Miś zastygł na chwilę w bezruchu, spojrzał groźnym zezem, po czym zrezygnowany wzruszył ramionami i westchnął - ‘Nie lubię moskitów…’.

 

 



Kilpisjarvi jest atrakcyjne turystycznie, ale my tego nie doświadczyłyśmy, bo godzinami tkwiłyśmy przy drodze bezskutecznie (znowu!) próbując kogoś złapać. Jakoś liczba przejeżdżających samochodów mi nie bardzo pasowała do popularności miejsca, ale może oni się tu teleportują? Tak czy inaczej ruch znikomy, zatrzymywalność żadna. Pokąsany pies nawet nie próbował się uwolnić z plastikowego kaftanu, mam wrażenie, że naprawdę odetchnął, jak mu go zainstalowałam.

 

Kiedy wreszcie, gotowe na kolejne statyczne godziny namierzyłyśmy punkt informacyjny, w którym była szansa na odrobinę internetu, to jeszcze Wanda nie zdążyła dotrzeć z komputerem pod drzwi, a zatrzymał się samochód. Nieco mnie zaskoczył, bo pojawił się trochę znikąd, w każdym razie „zaszedł mnie” jakimś cudem od tyłu. Mniejsza skąd i jak, ważne, ze wreszcie był! Co za ulga! Pies w sztormiaku nie okazał się problemem, ale pani już w pierwszych słowach poradziła nam na przyszłość jakoś skompresować nasze bagaże, bo jak siedzimy z takim majdanem, to mało kto podejrzewa, że ma dość pojemny samochód, by nas zabrać ;) No fakt – my wiemy, że się wciśniemy ze wszystkim niemal wszędzie, ale rzeczywiście kierowcy mogą tego nie pojmować, dopóki się nie zatrzymają i nie zobaczą na własne oczy jacy my kompaktowi.

Obecnym(ówczesnym?) celem naszej przeprawy przez Finlandię był jej południowo wschodni kraniec, co oznaczało wieeele kilometrów, bo znajdowałyśmy się dokładnie najdalej jak się da – na północnym zachodzie. Ostrzegane wielokrotnie, że ten kraj będzie najtrudniejszy do autostopowania  przeznaczyłyśmy sobie cztery dni na dotarcie „na dół”, a zależało nam bardzo, żeby zdążyć przed sierpniem, kiedy to zaczynały się warsztaty i zawody pasieniowe w naszym ulubionym owczarkowym towarzystwie :) Jak wiecie początek dnia wróżył nam przeprawę co najmniej ciężkawą, ale jak jeszcze może nie wiecie, mamy farta większego niż się teoretycznie da mieć… Katerina, która nas zgarnęła z Kilpisjarvi jechała… do Helsinek! Czyli nawet  dalej niż potrzebowałyśmy ;) W związku z tym chyba niewiele powiemy o poziomie trudności łapania Finów na stopa, bo przejechałyśmy naszym pierwszym, pełnoprawnie fińskim samochodem 1100 km :) Prawie że na raz.

Wyprzedzaliśmy na całego;)



 

I trochę ciekawego nieba:



 
1 , 2 , 3
Locations of Site Visitors