Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
sobota, 30 lipca 2011
Misz masz

26.VII, wtorek

Wanda zaplanowała na dziś zdobycie szczytu Timpanogas. Samotne (bo moje kolano się nie nadaje do współpracy) i hardcorowe, bo oprócz pokonania prawie 2000m przewyższenia chciała dojechać do szlaku i wrócić z niego na rowerze, a droga w jedną stronę to było jakieś 40km. Organizm załączył chyba instynkt samozachowawczy, zbuntował się i nie dał namówić na zaśnięcie o porze, która dała by szanse na pobudkę o 5 rano i wysiłek fizyczny z kategorii hard. Trochę Wandę załamało to brutalne zweryfikowanie planów. Ale rano, kiedy w końcu wstałyśmy (nie była to godzina 5.00;)) okazało się, że Robyn zdążyła znaleźć alternatywną trasę na nieco bliższy szczyt :) I jeszcze Bruce zawiózł Wandę do szlaku :) Miiiiiłooooooo :D

Wycieczka alternatywna również zakładała pokonanie dość konkretnego, niemal 2000 metrowego przewyższenia, więc Wanda zniknęła na wiele godzin. A myśmy sobie trenowali, pasali, gotowali, myli samochód i robili różne inne ciekawe rzeczy.

Po kilku dniach pracy nad strefami Juicy robi je zazwyczaj tak:

 

Na pewno mnóstwo jeszcze przed nami, ale cieszę się, że szybko załapał o co w ogóle chodzi :)

 

Zrobiliśmy też kilka sesji z naszego niedokończonego stania na stopach. Byłam zaskoczona efektami, bo przez ostatnie dwa miesiące naprawdę niewiele czasu na to poświęciłam, a okazał się, że nie dość, ze się nie cofnęliśmy, to poszło to nawet do przodu :) Zwłaszcza ta wersja:

 

No i na koniec filmików nasze drugie podejście do pasienia :) Tym razem w małym koszarze i ze mną w roli pasterza. Mieliśmy równe szanse, bo to było drugie podejście zarówno Juica, jak i moje, za to nasze pierwsze wspólne. Tym razem Juicy był dużo pewniejszy siebie i nie było żadnych akcji „przepraszam, czy tu biją?”. Za to ta jego pewność siebie i moje niedoświadczenie odbiły się na biednych owcach, które były obiektem Juicowych szarży. Jeśli ktoś będzie na tyle twardy, żeby obejrzeć do 5. minuty, to może kolejne dwie przewinąć, bo nie będzie się nic działo. Jest to jednak pozorne nic... Tuż za prawą granicą kadru odbyła się bowiem akcja ratunkowa, bo jedna z owiec wpadła w ogrodzenie z takim impetem, że musiałam wyplątywać jej nogi z oczek siatki:( Szczęśliwie była przy tej operacji bardzo spokojna, czego nie można było niestety powiedzieć o sprawcy zajścia, który był tak rozemocjonowany, że musiał być przytrzymywany cały czas przez Robyn. Po oswobodzeniu trwał instruktaż dotyczący tego kiedy i jak reagować jeśli pies „przegina”.Ostatnie dwie minuty to już praca Robyn, dzięki której zakończyliśmy tę sesję nieco ładniej, niż władowaniem owcy w płot.

 

Kiedy po pasieniu wywaliłyśmy Juica z koszaru, to on próbując się dostać z powrotem wbiegł na kaczy wybieg! Ja już miałam serce w gardle i scenę mordu przed oczami, ale szczęśliwie drób w czasie naszego treningu podreptał gdzieś dalej i zdążyłam zawołać psa zanim on zauważył kiwające się na boki pióra. Uff... Uff zwłaszcza, że kilka dni wcześniej dowiedziałam się, że Juicy jest genetycznie obciążony mordowaniem Robynowych kaczek ;)

 

Wieczorem pojechałam z Brucem odebrać spod góry Wandę, która niespodziewanie dla nas i dla niej samej znalazła się w zupełnie innym miejscu niż to, z którego ruszyła rano ;) Niestety tutaj „szlak” oznacza nie mniej nie więcej, tylko ścieżkę na szczyt. Bez żadnego oznakowania:( A że ścieżka jest raczej ścieżynką, to gdzieś się wzięła i zapodziała, więc z opowieści Wandy dowiedzieliśmy się, że nie tylko wylądowała ostatecznie gdzie indziej niż by chciała, ale także nie dotarła na szczyt :( Zwiedziona kręta, zdawałoby się, że wydeptaną dróżką znalazła się wśród skał, które nie bardzo dawały nadzieję na szansę przebicia się przez nie na górę.

Ale nie szczyty najważniejsze, ale wysiłek! I walka z samym sobą, co Wanda niewątpliwie wykonała, są dowody:



 

W ramach tej walki odebrałam nawet w ciągu dnia telefon pt. „Ej, Magda, a co mam zrobić jak mnie wąż ugryzie?” :) Takie zabawy mamy.



 

Dodam jeszcze, że dziś zrobiłam z Brucem małe odkurzanie jego sprzętu fotograficznego, który jest, nazwijmy to skromnie, imponujący. Tak się miło złożyło, że równie canonowy, co mój, więc mogłam sobie poprzyczepiać inne obiektywy. O:



 

Fajnie. Mam nadzieję, że jeszcze się pobawię. Choć to trochę takie robienie sobie apetytu na coś czego i tak się nie zje ;)

 

Dobranoc Państwu :)



 

piątek, 29 lipca 2011
Wyspa antylop(y)

25.VII, poniedziałek

 

Poniedziałkowe zachmurzone niebo nie odstraszyło nas od zrealizowania naszych planów podbicia jednej z wysp na jeziorze Great Salt Lake. Jesteśmy twardzi i się nie dajemy, ale musicie wybaczyć, bo z obsługą aparatu w takich warunkach oświetleniowych, to ja sobie za bardzo nie radzę i dokumentacja wygląda jak wygląda.

Dzisiejszy wypad był przedsięwzięciem czysto ludzkim, wszystkie psy zostały w domu, a wszystki ludzie wsiedły do samochodu i pomknęli jedną z tysięcy autostrad.

Do rzeczy. Mam wrażenie, że aktualny stan Antelope Island nieco zaburza definicję wyspy, gdyż albowiem ponieważ ktoś sprytnie zbudował drogę łączącą ją z lądem O.o I tym sposobem przedostanie się na nią wiąże się z jedną, jedyną przeszkodą w postaci budki strażniczej, która jednak zadowala się garścią dolarów po czym ukazuje uśmiechniętą panią życzącą miłego dnia. Pani mimo życzliwej miny jakoś nie chciała nam obiecać ładnej pogody.

Wyspa od niewyspowej strony:



 

Zaraz po wejściu na szlak stwierdziliśmy, że właściwie, to lubimy te chmury, bo i z nimi jest nam wystarczająco gorąco ;)

Zdobyliśmy coś na kształt szczytu, bo na prawdziwy nie było czasu. Pojawiające się co jakiś czas błyskawice też jakoś nie zachęcały do spaceru po grani. Z krótszej trasy ucieszyło się moje niepełnosprawne kolano, które po Humphreyu jeszcze przez dwa tygodnie przypominało mi, że nie lubi schodzić z góry. Niezależnie od niewielkiej różnicy wysokości (albo dzięki niej), jaką zrobiliśmy, spacer był bardzo przyjemny. Staraliśmy się wypatrzyć gdzieś tytułowe antylopy albo rozreklamowane bizony, ale bezskutecznie. Ani widu ani słychu. Chociaż były widy pewnych niezbitych dowodów na ich obecność w okolicy ;)

Z mapą :)

Pan pająk od podwozia strony:

I człowiek-pająk od... innej strony

Zwariowany kapelusznik:

Zwariowany kapelusznik został w tyle bo musiał się ścigać z wiatrem, żeby odzyskać swoje nakrycie głowy ;)

Na naszym prawie-jak-szczycie;)



 

Bizony udało nam się zobaczyć nieco później, w okolicy skansenu ze starymi farmerskimi zabudowaniami. Być może słowo „okolica” to trochę za dużo, bo to co widzieliśmy wyglądało tak:

 

 

Ktos ma ochote na leszy model? ;)



 

No i uwaga, atrakcja nad atrakcjami: LASSO :) Przed stodołą było przygotowane stanowisko (chyba głównie dla dzieci, ale ja się bardzo czuję dzieckiem :)) do ćwiczenia umiejętności niezbędnej każdemu prawdziwemu kowbojowi. Ku naszej ogromnej radości Robyn (która sama kiedyś startowała w zawodach rodeo) przeprowadziła nam szybkie warsztaty z miotania tym zapętlonym sznurem.

Kowboj...

...i ofiara. Udane polowanie ;)



 Teraz nasza kolej:

Mamy byczka! :)

 

Niesamowicie ucieszyła mnie ta zabawa :D Chciałabym jednak uświadomić wszystkim dzieciom, że na kreskówkach z Lucky Luke'em nieco przekolorowywują właściwości lotne samego lassa ;)

 

I jeszcze dla wielbicieli i czcicieli liczby 23 :D



 

W drodze powrotnej Robyn dała się poznać jako Wódz Sokole Oko. Jedziemy sobie co najmniej 60 na godzinę i nagle słyszymy „Spójrzcie, bizon!”. „Ale, że gdzieee....????....” Gdzieś na horyzoncie, stoi sobie i wygląda zupełnie jak skała. Ale jest bizonem. Jeszcze lepsze było „Spójrzcie, antylopa!”

Kto się pokusi? Zapewniam, że tu jest:

 

Jak ktos już się zmęczył i zwątpił, to przypominam, że jedziemy sobie 60 na godzinę, a rozciągający się krajobraz jest znacznie rozleglejszy niż wycinek przedstawiony na zdjęciu ;)

Ok, proszę:



Wyspa antylopy to dobra nazwa. Mogliby tylko dodać dla jasności słowo JEDNEJ.

I bizon ;) Tak, to czarne na środku.



 

Ostatni przystanek na wyspie nosił tytuł „kąpiel”. Na twarze wpełza uśmiech, ale... Ale pragnę przypomnieć, że jezioro nazywa się Słone. I w tym wypadku słone naprawdę oznacza słone, a nawet BARDZO słone! Starałyśmy się chronić wszystkie otwory naszych głów, ale nie dość skutecznie, a nawet jedna kropla w oku, czy gardle dawała o sobie boleśnie znać. Tak poza tym, to było bardzo wesoło pounosić się bez wysiłku na wodzie. Tyle tylko, że żeby stać w tej wodzie po pas należało przespacerować z 5 minut w kierunku prostopadłym do brzegu ;)

Zabrałyśmy ze sobą trochę soli, bo chociaż woda odparowała z naszych skór, to sól się nigdzie nie wybierała.

 



 

Na zakończenie dwa obrazki:

Juicy i jego kennelowe sąsiedztwo:



Powitał mnie z taka radością ze spotkania, jakby przesiedział dzień w schronisku. Oj, bedzie co robic w temacie treningu klatkowego, bo chyba mu wszystko wyparował ze łba...

 

I Wanda żegnające się z garnkiem:



Garnek przyjechał z nami z Polski, bo kiedy wyobrażałyśmy sobie ta podróż, to sopdziewałysmy się większej liczby noclegów pod namiotem (do tej pory 2) i posiłków przygotowanych na ognisku (do tej pory 0). W związku ze statystykami z nawiasów zapadła decyzja o odciążeniu plecaka o rzeczony gar.

Gar jednak nie zginie, a żył będzie i przypominał naszą wizytę, gdyż otrzymał nową, zaszczytną funkcję doniczki w ogródku Państwa Garrett :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Locations of Site Visitors