Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Flagstaff: Początek

Ok. Na czym to stanęliśmy? Na Seligman w okolicach godziny 21ej.

Tak, zapytałyśmy o pole namiotowe i niezbyt ucieszone ceną, znane z tego, że raczej tniemy koszty, jeśli to tylko możliwe, skierowałyśmy nasze kroki w stronę zupełnie nieformalnej trawiastej przestrzeni za stacją benzynową (tu znowu możemy podziękować, tym razem pani ze sklepu, która nam zasugerowała to miejsce i wcale nie straszyła policją czy mandatami). Dobra, dobra, spanie apaniem, ale może warto coś zjeść? Ta myśl zmieniła scenariusz wieczoru, bo zamiast rozbijać namiot ruszyłyśmy po żarcie i spotkałyśmy ekipę samochodowo-campingową w składzie: tata, syn, syn i pies. No i co? No i jechali do Flagstaff :D Dość szybko podjęłyśmy decyzję, że nie ma co czekać i już niedługo mknęliśmy nocnymi drogami.

Juicy i Zic dogadali się bez problemu i dzielili się samochodową przestrzenią. Koocham tego psa! My się dogadujemy słabiej przez nasz ułomny angielski, ale jakoś dajemy radę ;) Sean, Josh, Zac i Zic (chciałam odmieniać te imiona, ale dwa ostatnie mnie pokonały, jakoś głupio wygląda „z Ziciem”) jechali sobie właśnie z Nowego Meksyku do Albuquerque transportując wspomniany camping. Żeby nie było za łatwo, ten samochód też się przegrzewał i znowu bawiliśmy się w przerwy robione specjalnie dla szanownego silnika. Pogoda piękna, niebo gwieździste, żaden problem postać na poboczu :) Druga sprawa była taka, że jak już się jechało, to też tak jakoś nie za szybko, co miało to swój niesamowity urok :) A dziadunio ford miał już ćwierć wieku na karku, więc można mu wybaczyć.

 

 24.VI, piątek

 

Do Flagstaff dotarliśmy koło 2 w nocy, znaleźliśmy duży parking przy Macu (z free Wi-Fi :D) i poszliśmy spać. A gdzie? W przyczepie :) Panowie wspaniałomyślnie podzielili się z nami miejscem :) Ja jeszcze wysłałam kolejnego zmianopalanowego maila do Scotta (którego kilka godzin wcześniej, niczego nie przeczuwając, zapewniałam spod biblioteki, że będziemy spać w Peach Springs ;)).

Poranek uczciliśmy śniadaniem pt. 'cola z lodem' i w obliczu faktów: 1. ze Scottem mogłyśmy się skontaktować dopiero po południu, 2. campcar team nie bardzo miał jak się przemieszczać w ciągu dnia, 3. psom trzeba było spaceru, ruszyliśmy do pobliskiego parku, a właściwie lasu.

 

Atrakcji było kilka:

1. Psi park :) Może wystrój nie powalał, ale szalone towarzystwo zaspokajało potrzeby naszych wyspanych kanapowców.

 

 

2. Golfrisbee . Co to? Gra :) Rzuca się frisbee do specjalnych koszy, zasady przypominają golfa, im mniej rzutów tym lepiej. Nie wspomniałam przy opisywaniu naszych tragicznych zmagań z pustynią, że pod koniec wędrówki spotkała mnie nagroda w postaci leżącego w upale i błagającego „weź mnie!” dekla :) Nie rzuca się tym tak łatwo jak psim talerzem, ale popracujemy. Znalezisko się przydało i się chwilę pozmagaliśmy z wyzwaniem, jakie postawił przed nami los i las. Rzucanie między drzewami – sama radość ;)

i kosz:

 

3. Thetherball. Co to? Znowu gra :) Nigdy się z nią w Polsce nie spotkałam, a szkoda, bo łatwe to jak budowa cepa (właściwie dosłownie), a zabawy i wysiłku co niemiara. Czego potrzebujemy? Masztu z piłką na sznurku i dwóch zawodników (opcjonalnie psa typu Juicy, jeśli chcemy równolegle podziwiać flipy). Piłkę należy odbijać tak, by okręcić ją wokół słupa, oczywiście każdy z zawodników walczy o zawinięcie w inną stronę, wygrywa ten komu pierwszemu uda się zakręcić ją do końca. Polecam. Tylko psa trzeba było dość szybko zhaltować, bosię nakręcił do granic przyzwoitości.

 

 

4. Okolica sama w sobie. To kolejna z atrakcji. Przepiękny las, po którym nie omieszkaliśmy połazić:

 

 

Wymęczeni i zadowoleni wróciliśmy na parking. Skontaktowałyśmy się ze Scottem i kilkanaście minut później wreszcie go poznałyśmy. Chyba nie wspomniałam, ale nasz jedyny kontakt do tej pory to było kilka maili (po części zespamowanych ;)) i dwa telefony :D Nawet nie wiedziałyśmy kogo się spodziewać, a tu nam podjeżdża człowiek o wyglądzie harleyowca na motocyklu o wyglądzie crossowca. Motorrr, grrrejt :)

Tutaj się trochę nad Wami poznęcam i przeskoczę kilka szczegółów między spotkaniem a wieczorem, bo by mi znowu pół nocy zeszło i ze dwie strony. Grunt, że niedługo potem znalazłyśmy się w kolejnym raju na ziemi :) Całym składem campcarowym pojechaliśmy ze Scottem do Joanie, która jest szczęśliwą właścicielką raju. Kilka słów: las, kwiaty, drewniany dom na planie sześcianu, jezioro, wyspa, plaża, ognisko, kuchnia i grill na powietrzu, domek na drzewie... no dobra, miało być kilka, to dalej nie wymieniam. A, jeszcze tylko gitarę muuuszę wspomnieć.

Perfect day in perfect world po prostu.

 

 

No i macie szczęście, bo miał być koniec, z nie będzie, bo zapomniałam o czymś o czym nie mogę zapomnieć – LAMY! Byliśmy na lamiej farmie karmić te potwory. Miny robią nieziemskie. Pozdrawiamy całe stado, a szczegónie przemiłych gospodarzy!

Dokonaliśmy też małego rabunku:

 

Juicy też tam był, ale się wziął i z moją małą pomocą zasmyczył przy drzewie, bo poza lamami biegały też kury. A drób budzi w moim psie najdziksze instynkty. W każdym razie raz obudził i jakoś niespecjalnie chciałam sprawdzać, czy to ciągle działa. Dobrze wyglądały z kompeletem piór na kuprze.

Buziaki od lamuff:

niedziela, 26 czerwca 2011
Route 66

 23.VI, czwartek

Nasz plan zakładał pokonanie odcinka między Kingman a Flagstaff historyczną drogą 66. Gdy byłyśmy w Rosie's zadzwoniłam do Scotta, u którego miałyśmy się zatrzymać we Flagstaff, żeby mu powiedzieć, że dotrzemy później. I trochę się zdziwiłam, bo Scott odradzał nam 66kę mówiąc, że ta droga już właściwie nie istnieje, jeździ nią niewiele samochodów, prawie wyłącznie turyści i przejechanie jej stopem będzie trudne, a równoległa, nowa Rt 40 nie powinna stanowić problemu. Hmm.. Ciężka decyzja... Jeszcze następnego dnia siedząc w samochodzie, który nas wiózł do Kingman zastanawiałyśmy się co zrobić. Oto nasz miły kierowca prosto z Rosie's Den wraz ze swoją nieco zniesmaczoną naszą obecnością suczką:

Juiciek większość drogi przespał

I prawie cały czas był obserwowany ;)

 

Było gorąco i miało być jeszcze goręcej niż wczoraj, wiedziałyśmy, że nie damy rady zajechać do Oatman, które miałyśmy polecone, a tu jeszcze mamy stracić 66kę? Z drugiej strony perspektywa kolejnego dnia w upale z bezskutecznym machaniem do przejeżdżających (tym razem z rzadka) samochodów?? Ostatecznie, choć nie do końca pewne słuszności tej decyzji postawiłyśmy na 66! Wysiadłyśmy na ostatniej miejskiej stacji benzynowej na wylocie z Kingman i rozłożyłyśmy się z całym naszym stuffem w cieniu. I już po chwili miałyśmy pierwszego stopa :) Wanda zapytała odjeżdżającą z parkingu panią, czy by nas nie podwiozła i minutę później siedzieliśmy we trójkę w przyczepie jej pickupa. Na dobry początek pokonałyśmy pierwsze kilkanaście z ponad stu czekających nas kilometrów. Nieco gorąco, ale rewelacyjnie :)

Pani pożegnała nas informacją, że kończy pracę w pobliskiej bibliotece za pięć godzin i powiedziała, że jeśli wciąż będziemy na stacji, to podrzuci nas 30mil do Peach Springs. Uuu... ładna prognoza ;) Z drugiej strony miłe zabezpieczenie najbliższej przyszłości. Ponieważ upał był koszmarny, a nasza stacja po drugiej stronie drogi niż pas o ruchu w interesującym nas kierunku, to ograniczyłyśmy się do pytania tych ludzi, którzy zjeżdżali na stację.

Kolej widziana przez pryzmat dystrybutora z paliwem:

No i jak się skończyło? Ano tak, że o 18ej wsiadałyśmy z powrotem do przegrzewającego się picupa Kelly :) No i wierzcie albo nie, ale nie dość, że Kelly mieszkała w Kingman i Peach Springs, które nam obiecała było jej totalnie, totalnie nie po drodze, to zawiozła nas do Seligman, czyli dwa razy dalej! No, i kto mi powie, że nie ma życzliwych ludzi? :D

Pan nissan typu pickup przed biblioteką:

I po załadunku:

 

66stka przepiękna, mieliśmy gratisowe postoje na chłodzenie silnika, a na postojach krótkie lekcje historii. Chyba nie dało się lepiej pokonać tego odcinka. Wiatr we włosach, pustynie, góry, pociągi, zachód słońca, POEZJA! Koniec słów, czas na więcej zdjęć:

Szkoła w Valentine

 

I walentynkowy Juicy

Chłodzenie silnika w Peach Springs:

Pozdrawiamy mamę Kelly, która zajmowała się jej synem w czasie naszej podwózki i zagroziła Kelly śmiercią, gdyby odważyła się zostawić nas w Peach Springs ;)

 

 

Dotarłyśmy do Seligman chwilę przed 21, pożegnałyśmy Kelly i rozglądałyśmy się już za miejscem na rozbicie namiotu, aż tu nagle okazało się, że to nie koniec tego dnia...

Ale koniec ROUTE 66, więc na ciąg dalszy zapraszam do kolejnego wpisu :)

 

Na pocieszenie bonus. A w zasadzie dwa... Filmiki :)

Pierwszy Juicowy spod szkoły:

 

A drugi nasz, pozdrawiający, z trasy. Niestety muszę Was uprzedzić, że słychać prawie wyłącznie huk wiatru (więc wyciszcie głos do minimum, szczególnie jeśli siedzicie właśnie w pracy, albo wasze przed chwilą dziecko zasnęło ;)), głupia ja nie osłoniłam mikrofonu. Ale w wolnej chwili spróbujemy sobie przypomnieć co mówiłyśmy, zrobić napisy i umieścić nową wersję :) OK?

 

 

 

A z okazji, że wpis dotyczy 23.VI, to jeszcze jedno zdjęcie dla wszystkich zaglądających tu ojców :D

(tak, wczoraj mi się coś pomieszało)



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Locations of Site Visitors