Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
wtorek, 13 grudnia 2011
Spotkanie? :)

UWAGA, UWAGA !!!

 

Zapraszamy serdecznie na spotkanie i pokaz zdjęć z naszej amerykańskiej przygody ! :)

 

Już w najbliższą niedzielę, o godzinie 18.00, w Warszawie, przy pl. Narutowicza, będzie można odbyć z nami podróż przez miejsca, które szczególnie mocno zapadły nam w serca i pamięć, przez spotkania, które choć zupełnie niespodziewane i krótkie, bardzo dużo dla nas znaczyły. Będą zdjęcia, opowieści i rozmowy, kawa i herbata :) 

Będzie nam bardzo miło się z Wami spotkać, zachęcamy do przyniesienia ze sobą jakiś smakołyków, żeby wspólnie spędzony czas był jeszcze przyjemniejszy :D

 

Do zobaczenia!!!

 

 

Adres: ul. Grójecka 38, sala św. Faustyny, po prawej stronie kościoła.

 


czwartek, 08 grudnia 2011
Wielka woda

Nie wierzę, 28 IX... A jeszcze przed chwilą był maj i wysiadałyśmy na lotnisku w Los Angeles, a słowa takie jak jesień, wrzesień, czy nie daj Boże, październik były totalną egzotyką. A tu masz, czas płynie, czego byśmy nie robili (albo właśnie cokolwiek byśmy robili), to on się nie zatrzyma i każda data przyszłości nas kiedyś dopadnie. W tym, czy innym miejscu, na tym, czy na innym świecie. Nie ustanowiłyśmy wyjątku dla tej reguły.

 

A jak spędziłyśmy dzień bycia dopadanym przez tę datę? Pakując manatki i zamartwiając się końcem „wszystkiego”? Nie, pakowanie zajęło właściwie chwilę, bo co by nie mówić, ładowanie plecaka na powrót jest o niebo łatwiejsze, nie trzeba myśleć nad tym, co by tu zabrać, co się przyda, co się zmieści, trzeba tylko rozejrzeć się, rozpoznać które rzeczy są nasze i wepchnąć je do wora. Tyle. Może jeszcze jedynie zastanowić się co wyrzucić, żeby zmieścić obuwniczy bagaż ;)

 

Samolot miałyśmy dopiero wieczorem, plan na dziś zakładał przedpodróżowe wymęczenie psa w sposób przyjemny dla nas i dla niego. Spacer nad jezioro wspaniale spełniał te warunki. A miałyśmy naprawdę blisko, może z 15 minut na piechotę. Jezioro (prawie że) w środku Toronto?? Nie brzmi zachęcająco, co? Ale Was zaskoczę. Po pokonaniu stromej skarpy schodzącej do brzegu, naszym oczom ukazał się bezmiar całkiem czystej wody i pusta, zalana słońcem, drobnokamienista plaża. Gdyby minie ktoś tam postawił i powiedział, ze to morze, to bym uwierzyła (chociaż ja łatwowierna jestem ;)) - woda, woda, woda po horyzont. Wchodzące w wodę falochrony obrośnięte drzewami i krzewami dodawały całej sytuacji uroku. Wspaniale!

Juicy ganiał po płyciźnie, radośnie wyskakując do rozchlapywanej przez nas kropel, a nawet podbiegując za rzucanymi mu patykami. Na brzegu przypadał na przednie łapy zachęcając do podbijania stopami kamyczków, które przelatując obok niego prowokowały do szalonych wyskoków i flipów. Psi entuzjazm i zaangażowanie sprawiły, że podjęłam próby zachęcenia go do wyciągania patyka z wody trochę głębszej niż ta, która pozwalała na jednoczesne dotykanie dna i drewnianego aportu. Juicy nie w ciemię bity, nawet przy dużej prędkości potrafił wyhamować w punkcie „koniec gruntu”. Ale jednak nie tracił zainteresowania patykiem, co za postęp! Trochę werbalnej mobilizacji z naszej strony, psi nos wyciągający się na coraz dłuższej szyi i...i... ten krok! Krok w głębinę! Kilka machnięć łapami i... złapanie! Złapanie i zawrócenie! Nie wierzyłam własnym oczom! Złapał badyl zanim zawrócił! Mój pies zaaportował z wody! Łaaaaał!!! Kolejne Juicowe bariery zostały przełamane :) I są dowody, liczne, prześliczne i nawet zmontowane. Po raz ostatni z okazji tej wyprawy możecie Państwo kręcić głową nad stukniętym człowiekiem podniecającym się, że jego pies jest wspaniały, bo np. włazi do wody za kawałkiem drzewa. Jest wspaniały, choć nie tylko dlatego :P

:D

 

Dla tych, którzy przebrnęli przez natłok zdjęć monotema..blablabla jest nagroda - juicowy filmik plażowy!!! :D

 

Beztroska, jaka ogarnęła nas w czasie tego pożegnalnego plażowania zaskoczyła nas same. Poczułyśmy się trochę jak z powrotem w Meksyku, niemal same na pustej plaży, pod bezchmurnym niebem... Ahhh... Ale nagle przestałyśmy być same. Pojawiło się dwóch panów. Będzie strasznie? Nie ;) Panowie byli bardzo mili i rozmowni i okazali się kolejnym ciekawym epizodem środy. Otóż... Nasza polskość niesłychanie ich zachwyciła i dowiedziałyśmy się, że kręcą oni (nie, nie w tej chwili na plaży) jakiś film dotyczący Powstania Warszawskiego! Odebrałyśmy jeszcze w imieniu kraju kilka historycznych komplementów i podziękowań, a na pożegnanie wymieniliyśmy się mailami.

 

Tutaj są i panowie i Wanda pędzący w ich stronę Juicy ;)

Panowie odspacerowali, słońce grzało dalej, a my coraz tęskniej patrzyłyśmy ku bezkresowi wody, w której chlapał się pies. Wychodząc z domu nie miałyśmy planów na jakieś konkretne plażowanie, więc nawet przez myśl nam nie przeszło, żeby wziąć kostiumy i ręczniki. I tak, nie mogąc odżałować przechodzącej koło nosa, prawdopodobnie ostatniej w tym roku, szansy na popływanie, a mając w pamięci banalne „chcieć to móc”, nominowałyśmy szybko część z naszych ubrań do roli pseudokostiumów :) I zanurzyłyśmy się w braku fal jeziora Ontario... Oj, warto było :) Ja to w ogóle uwielbiam wszelkie jeziorne i rzeczne spławiania, ale nawet Wanda, która uwielbia je trochę inaczej, była zadowolona ;) Juicy po jednym desperackim popłynięciu za nami przypomniał sobie, że właściwie, to on wcale nie chce i skoro nie musi, to zajmie się starym, sprawdzonym czuwaniem z brzegu ;)

 

 

No, piękne było to pławienie się. Pogodzone z datą i faktami cieszyłyśmy się sielanką, jednak chłonąc tę sytuację całymi sobą, głośno dziwiłyśmy się, że tak niewiele godzin dzieli nas od tak skrajnie innych miejsc i doświadczeń. Miałam podobne odczucia do tych, które ogarniają mnie np. ostatniego dnia na nartach, kiedy wgapiam się w deski sunące po śniegu, w zasypane białym puchem drzewa, wsłuchuję w szum wyciągów, staram się wszystko mocniej poczuć, ale choć jeszcze to „wszystko” mam, to wiem, że już tylko chwilę i już tęsknię za kolejnym razem, na który trzeba będzie tak długo czekać... Eh, eh, eh. W czasie tej podróży wyjątkowo często robiłam sobie takie zatrzymanie czasu i starałam się chłonąć daną chwilę wszystkimi zmysłami. Bardzo lubię wprowadzać się w taki stan „pogłębionej świadomości”, choć, jak wspomniałam, skutkiem ubocznym jest równie pogłębione poczucie upływającego czasu.

Z tego zadumo-lekkodepresyjnego dumania mam konkluzję być może nieco zaskakującą... A mianowicie – warto mieć świadomość jak wiele w życiu jest „po prostu” kwestią decyzji, decyzji dzięki którym można się np. w kilkadziesiąt godzin przetransportować w niemal dowolne miejsce na świecie. Fajnie byłoby kiedyś skorzystać z tej prawdy i zaskakując samego siebie wybyć z przykładowej Warszawy w trybie nagłym i natychmiastowym, lądując na bezludnej tropikalnej wyspie, czy innym cudzie świata. Jak się zdarzy, to na pewno tu napiszę ;)

Się dygresja zrobiła ;)

Wróćmy do ówczesnej teraźniejszości. Proces suszenia naszych pseudokostiumów przebiegał w tempie właściwym dla pogody, miejsca i pory roku, więc niezbyt ekspresowym, zanim jednak doszłyśmy do miasta wyglądałyśmy na tyle normalnie, że nie przyciągałyśmy niczyjej uwagi :)

 

Po powrocie do domu nastąpiło dopakowywanie drobiazgów i mentalne przygotowanie się na etap samolotowy, który był nieco ciężki nie jako lot, ale jak powrót. Już, już można było powiedzieć, że jesteśmy gotowe do wyjścia, kiedy nagle w domu zrobił się szum, ktoś wchodzi, pies nerwowo poszczekuje. Wyglądamy do kuchni, a tam... Andrzej i Małgorzata :) Oni uśmiechnięci, my zaskoczone, witamy się i wysłuchujemy od nich informacji na temat trzygodzinnego opóźnienia naszego lotu. Ha, ha, nie ze mną te numery, tyle „mamy cię”-ów się naoglądałam, tylu ludzi nawkręcałam, że naprawdę... Jeśli nabierać to JA, a NIE MNIE! Andrzej ze słabo powstrzymywanym uśmiechem zapewnia, że naprawdę jest opóźnienie, Małgorzata z nieco poważniejszą miną również zarzeka się, że to nie żart. Przyznam, że mina zaczęła rzednąć. Moja mina. Tak byłam pewna, ze się zgrywają, ale z sekundy na sekundę traciłam to przekonanie,a cała nasza zdezorientowana grupa, pchana tokiem rozmowy, wylądowała w końcu przed kompem. Jak wspominałam, tutejszy net bije rekordy w powolności, więc niemal prześwidrowaliśmy ekran na wylot naszymi spojrzeniami zanim wreszcie strona lotniska się załadowała i przyklepała moją porażkę – opóźnienie było faktem :/ Krzywię się na klęskę, nie na gratisowe trzy godziny w Hameryce ;) Te zmiany czasowe pociągnęły za sobą kolejne – organizacyjne. Chris musiał być niedługo w pracy, a moment odkrycia przesuniętego odlotu był dosłownie ostatnią chwilą na wspólną jazdę na lotnisko, a my wylądowałybyśmy przy bramkach na 6 godzin przed odlotem. ALE... Ale życzliwość ludzka i w tych ostatnich zagranicznych chwilach nie zawiodła. Pożegnałyśmy się z Chrisem, fota na tle naszych genetycznych zarośli i...

...załadowałyśmy się do samochodu Andrzeja i Małgorzaty, którzy byli tak mili, że oprócz podwiezienia na lotnisko (z trasą nieco zmodyfikowaną na potrzeby pokazania nam jeszcze kilku rzeczy, które należy zaliczyć „następnym razem” :)), zaprosili nas jeszcze na obiad. Obiadzisko właściwie. Mi naprawdę niezwykle rzadko zdarza się nie dać rady porcjom, które dostaję, ale knajpka dała czadu i nikt nie zmieścił wszystkiego ;) Ucieszyło to nieco Juica, ale tylko nieco, bo z racji na loty-samoloty nie odważyłam się poczęstować go niczym więcej niż kawałkiem mięsa.

Nadprogramowy czas zleciał jak z bicza strzelił i nagle stałyśmy już same w hali odlotów, rozglądając się za pierwszą bazą sztafety odprawowej. No i tu muszę wylać żale frustracyjne... Otóż! Skandal i hańba! Poszłyśmy zgłosić psa i uiścić, co trza. Gotówka, którą dysponowałyśmy miała kolor zielony i napisy „In God we trust”. We do, ale okazało się, ze nie należy trust paniom w informacji telefonicznej LOTu :/ Specjalnie przecież dzwoniłyśmy dzień wcześniej, żeby się dowiedzieć, czy opłaty za Juica musimy dokonać w dolarach kanadyjskich, czy też zupełnym przypadkiem wystarczą te zielone. I pani (tak twierdzi Wanda, która dzwoniła, i której ja wierzę) powiedziała, że mogą być jedne i drugie. Zdobycie kanadyjskiej waluty nie byłoby żadnym, absolutnie żadnym problemem, bo kurs obu był identyczny i nie dość, że mogłyśmy się wymienić chociażby z Chrisem, to można też było iść do sklepu, zapłacić jednym pieniądzem i dostać reszty w drugim, albo znaleźć 10 innych sposobów. Ale pani powiedziała, że nie musimy. Więc NIE wymieniłyśmy. Ani w sklepie, ani w kantorze, ani z Chrisem, ani z Andrzejem i Małgorzatą. I naprawdę coś mnie ostro trafiło, jak na lotnisku inna pani, ale z tej samej firmy, wywaliła na mnie zdziwione gały, kiedy jej podsunęłam garść amerykańskich dolców. Nieeee! Nieeee! Dlaczego ci ludzie postanowili mnie denerwować??? Dlaczego musiałam wysłuchiwać mało uprzejmych wywodów? I dlaczego, kiedy wreszcie zdarzyło się,że ktoś był dla nas mniej niż miły, to musiał się okazać Polakiem? (To zresztą nie wyszło od razu, bo pierwsze podejście do stanowiska upłynęło na dyskusji po angielsku. Kamuflaż?) Grr :/

Co nam pozostało w tej uroczej sytuacji? Zabawa kartą kredytową (którą specjalnie na szybko przed wyjazdem wyrabiałam, a której przez cały czas nawet nie wyciągnęłam z plecaka) albo kantor. Kantor na lotnisku. To zestawienie słów chyba wystarczy, żeby zrozumieć sens tej opcji? Ale poszłam. Poszłam i nawet byłam gotowa stracić, jednak, kiedy pani z okienka wyćwierkała mi cenę, to aż wepchnęłam do niej głowę, będąc pewną, że się przesłyszałam. Szok. Nie chcę ściemnić, ale to było jakoś tak, że za sto dolarów amerykańskich, wartych wtedy lekko powyżej 100 kanadyjskich, kobieta chciała mi dać coś koło 70... Ja się wściekałam, ale Juicy zachował stoicki spokój. W ramach obniżenia napięcia zajęłam się skręcaniem transportera.

Uśmiech

 

i spokój...

Śrubki pomogły, ale tylko trochę. Skończyło się na karcie kredytowej, ale przeliczanie tą drogą i tak doprowadziło do tego, ze straciłam 100złotych. Grrr... Dobra, było – minęło, jesteśmy mądrzejsze.

Plecaki pojechały, pozostało nam oddanie psiura w obce ręce i ruszenie w labirynt korytarzy. Ale nie tak szybko ;) Klata skręcona, pies gotowy, jeszcze tylko zamontować michę z wodą. Tylko... Tylko, że okazało się, ze ona się nie trzyma!!! Szkoda, że mi jeszcze poprzedni skok ciśnienia nie zszedł. Głęboki wdech. I wydech. I wdech. I... Kontrolujemy emocje i na spokojnie myślimy o „tu i teraz”. Główny bagaż znajdował się już gdzieś daleko, w drodze do luku, ale na szczęście były nasze wszystkomające plecaki podręczne! Nieśmiertelna taśma klejąca uratowała sytuację, udało mi się za pomocą dobrych kilku metrów tego cudu techniki stworzyć konstrukcję, która wyglądała na tyle solidnie, że miała szansę dolecieć do kraju. Oczywiście pod warunkiem, ze Dżusio nie postanowi zabawić się w demontażystę.

Powtórka z rozrywki? ;)

Proszę podziwiać naszą piękną klateczkę!

Buzi na dobranoc, do klaty i pa,pa. Nieco głodny, ale wybiegany, wypływany, wysikany – powinien spać. To już koniec przygód amerykańskich. Akcja z miską była ostatnią podnoszącą ciśnienie. Ach nie! Zapomniałabym. Przecież pokład samolotu, zwłaszcza przed startem, to wciąż jeszcze przestrzeń amerykańska :) A kiedy już sobie usiadłyśmy i odezwał się głos kapitana, informujący o wszystkim, o czym powinien, Wanda spojrzała na mnie z cieniem grozy na twarzy:”To głos kapitana? Lecimy z kobietą?”, „Hm?” zdziwiłam się, nie bardzo rozumiejąc problem, na co Wanda roztoczyła wizje tego jak to kobieta za sterami jest mniej pewna od mężczyzny, jak to hormony takie a nie inne obniżają nasze bezpieczeństwo i w ogóle ;) No. I Wandzie chyba jeszcze wtedy krew szybciej popłynęła :)

A pani Kapitan spisała się wspaniale, przeleciała, wylądowała, a w dodatku wprowadziła nas w ostatnią datę : 29. IX. Był to czwartek, wczesne popołudnie. Odebrany bagaż, rozemocjonowany Juicy wypuszczony z klatki, kilka par automatycznych drzwi i …. Polska. Rodzice, babcia, siostra, ptasie mleczko, pasztet. Musiałam powstrzymać wyciągnięte ręce i apelować o pozwolenie psu na załatwienie pewnych priorytetowych spraw, dzięki czemu bohatersko oszczędziłam rodzimemu Okęciu hektolitru moczu na posadzce.

 

No i co?

No i koniec.

Na razie w każdym razie :)

 

Możemy zakończyć ten etap blogowania.

 

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy wirtualnie towarzyszyli nam w tej wyprawie, właściwie blog istnieje dzięki Wam :D

Pozdrawiam i mam nadzieję, że do „zobaczenia”! :D

 

Magda i Wanda i Juicy

 

Locations of Site Visitors