Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
wtorek, 26 listopada 2013
Przemieszczawszy siem

15-16 IX


Teraz czas na przedmiot "Transfery Waszyngtońsko-Montańskie", "zakres ludzko-zwierzęcy". Zaległa poprawka sprzed lat dwóch, kiedy to nasze losy na wspomnianej trasie śledzić można było w zdecydowanie zbyt dużej liczbie wpisów, a już na pewno na zbyt rozległej rozciągłości czasowej. I to pomimo wybitnie obiecującego początku... Powyższy wstęp oznacza w skrócie tyle, że nadszedł czas, żeby wyjechać od Marti i przebić się do Betty. Jak sobie uświadomiłyśmy, że poprzedni atak tego typu zajął nam.. hmm, ten tego, no nie oszukując się...5 dni... To nam trochę morale osiadły. Ale z drugiej strony miałyśmy wtedy dwa utknięcia, które teraz wydawały nam się rzeczą mało prawdopodobną, co napawało, nazwijmy to optymizmem. Miałyśmy jeszcze jedną znaczącą przewagę - tym razem miałyśmy jechać bardziej dołem niż górą, czyli autostradą. Wybitnie szkoda było widoków, które daje przejście północne, ale zbyt zależało nam na czasie. Marti podrzuciła nas na hajłej (to była podrzutka z gatunku "godzina w jedną stronę"), za co jesteśmy ogromnie wdzięczne. Spędziłyśmy najpierw bezproduktywnie dość dużo za dużo czasu na wyjeździe ze stosunkowo niewielkiego postoju trucków, otoczonego punktami z żarciem.

Image Hosted by ImageShack.us

Wytrzymałyśmy z godzinę, po czym zrażone niepowodzeniem ruszyłyśmy ku prowadzącemu wprost z autostrady zjazdowi do owego postoju (można niestety na upartego uznać, że to było NA autostradzie). Dawało nam to szansę machania znacznie większej liczbie samochodów oraz spotkania dawno nie widzianych panów policjantów, którzy zazwyczaj chyżo bieżą na każde wezwanie uprzejmych kierowców drżących o nasze bezpieczeństwo na poboczach. Obstawiałyśmy w myślach, ile czasu minie do pierwszego radiowozu, a tu nagle i niespodziewanie, zaraz niemalże od razu, zatrzymała się ciężarówka, zwabiona naszym napisem SPOKANE. Pan był zdziwiony własną odwagą i fantazją, wyznał nam później, że nie ma pojęcia, czemu się zatrzymał, bo zazwyczaj nie bierze autostopowiczów. Odejście od reguły było nam bardzo na rękę.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Wieczorem wysiedliśmy kilkanaście kilometrów przed miastem, bardzo podziękowaliśmy, wspólne zdjęcia, fanfary, McDonald, internet.

Image Hosted by ImageShack.us

Z racji, że godzina była już jakaś szósta i powoli przestawało być jasno, to zdecydowałyśmy, że przebijamy się na drugą stronę metropolii i tam rozstawiamy namiot, żeby rano być już na wylocie. Stanęłyśmy więc z tą mało ambitną tabliczką SPOKANE (do którego zostało kilkanaście km) i byłyśmy bardzo zdziwione, że nikt nas nie chce wziąć. Już powoli oceniałyśmy najbliższą okolicę pod kątem biwaku, kiedy nagle - JEST! Zatrzymał się! Sympatyczny chłopaczek, z ogromniastym psem (który okazał się mieszańcem laba i bloodhounda), radośnie zaprosił nas do środka. "Więc jedziecie do Spokane?" zagadnął. My, jeszcze kończąc nasze kokoszenie się i upychanie bambetli, rozpoczęłyśmy swój pełen westchnienia raport planów nie tyle społkańskich, co montańskich, tego że to daleko, jest późno i na dziś odpuszczamy i  że... Nie dokończyłyśmy, bo chłopak zdążył wtrącić "JA jadę do Montany". Hę? Że żart, czy coś? Nie, nie żart, autentycznie, o godzinie szóstej trzydzieści, czy nawet siódmej, stanęłyśmy przed wizją, a nawet realią(!) kolejnych wielu mil i godzin przybliżających nas do celu! Przestudiowanie mapy i wszelkich opcji zaowocowało decyzją, że jedziemy razem aż do Bozeman.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

W praktyce oznaczało to tyle, że wysiadłyśmy z samochodu w okolicach godziny drugiej a.m. I oczom naszym ukazał się trawnik przepiękny, wystarczyło przejść pomiędzy mnóstwem zaparkowanych samochodów i kamperów z pochrapującymi w środku ludźmi, potem koło budynku ubikacyjnego, zadaszonych stołów biesiadnych i oto był! Piękny, równy, puchaty, wygodny. TO była noc! Full komfort. O poranku odkryłyśmy brak niemal wszystkich samochodów, które jeszcze w nocy przecież były! Szczęśliwie napływali już nowi turyści, dla których okolica godziny dziewiątej była już prawdopodobnie porą drugośniadaniową.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Mogli sobie przy okazji konsumpcji podziwiać nasze sprawne zwijanie namiotu. I oto był ranek, zaledwie doba po opuszczeniu Marysville, a my byliśmy jakieś trzy godziny od celu :) Szacun dla nas. Dziękujemy! Zadowolenie godzinowe nie trwało długo, bo trochę nam zajęło zatrzymanie pierwszego samochodu. Był w tym zatrzymaniu pewien rodzaj szału, bo oto Wanda dokonała czegoś, co się jeszcze prawdopodobnie żadnemu autostopowiczowi nie udało. I jeszcze do samego końca nie była świadoma swojego sukcesu. Ciężko to zgrabnie opisać, ale spróbuję. Ja z bagażami stałam i machałam w odległości kilkunastu metrów od Wandy, więc jak samochód się zatrzymał, to był koło niej a nie koło mnie, ja grzecznie czekałam jak zakończy się dyskusja na temat czworonożnego pasażera. Wanda przybiegła, zaraportowała mi, że pani ma psa w samochodzie, że dość mocno oponowała przeciwko naszemu, że "no nie wie, że ma bordera, że no nie wie" i jakaś taka niewyraźna była i dziwnie, nadzwyczajnie zaskoczona sytuacją. W końcu jednak brak asertywności postawił ją przed faktem dokonanym - zgodziła się. Zbieramy więc rzeczy i zwierzęta, i idziemy. Ładujemy się do samochodu, a pani się uśmiechnęła, odetchnęła i cała zadowolona "ach, macie PS!A" my "?" pani "Bo ja zrozumiałam, że kozę!". No i proszę mi powiedzieć, że to nie jest niezłe! Złapać stopa i przekonać kobietę z borderem, żeby zabrała dwie kobiety z kozą! Mistrzostwo. Aż żałowałam, że nie mamy tej kozy... Potem pani była znowu miła, nadrobiła dla nas ze 100 km, żeby nas nie porzucać w miejscu, które uznała za nierokujące. Nie wiem, czy wpłynęła na jej decyzję moja opowieść, jak to nie zostałyśmy porzucone w Arizonie przez bibliotekarkę na Route 66 ;) Mam nadzieję, że nie poczuła się tą opowieścią "przymuszona" ;) Nie wyglądała w każdym razie na nieszczęśliwą i ubezwłasnowolnioną.

Image Hosted by ImageShack.us

Ciekawych stopów ciąg dalszy to dwóch panów, którzy nas potem zabrali, ale zanim ujechali z dychę, to im samochód się rozkraczył. Dla pieszego był to środek niczego, elektrownia wiatrowa i tyle.

Przestrzeń...........



Podziękowałyśmy, życzyłyśmy powodzenia i poczłapałyśmy poczuć jak to można być z dala od wody itp. Nie zdążyłyśmy się dobrze wczuć w dramat sytuacji, która dawała wyobraźni duże pole do popisu, bo oto kolejny szał! Coś, czego do tej pory nie było i pewnie już nie będzie - zatrzymały się dwa samochody na raz :) Rispekta ;) Zrobiłyśmy mały casting i godzinę później targane wiatrem zwiastującym konkretny opad, siedziałyśmy już na trawniku McDonalda w Lewistown. Jakiś czas później przyjechała po nas Betty. Pięknie :)

 

Dobre jest sobie czasem pojeździć :)

Image Hosted by ImageShack.us

piątek, 15 listopada 2013
Turysty. Szczęśliwe.

12-14 IX


To było niesamowite. Weszłyśmy do domu, z którego wyszłyśmy dwa lata temu, a czułyśmy jakby to było wczoraj. No, naprawdę ciężko uwierzyć, ile czasu minęło. Właściwie, to chyba dalej nie uwierzyłyśmy :) Udało nam się trochę pomóc w farmowych robotach, skosić trawnik (kooocham, można mnie zapraszać na koszenie trawników) i takie tam, no i oczywiście kontynuowałyśmy naszą tradycję wieczornych biesiad. Ach, jak smacznie nam było. Porwałyśmy się z Wandą na robienie pierogów. Ja mam jakoś złe nastawienie do tego tematu i nigdy nie mam ochoty na to lepienie, ale Wanda krzyczała, że jak zrobię nadzienie, to ona będzie lepić. No więc zrobiłyśmy wersję szpinakową i wersję mięsną. A na wywarze z mięsa barszcz :) Ciekawym elementem kucharzenia było wydobycie i użycie zabytkowej maszynki do mielenia.

Retro vintage pełną gębą. 

Image Hosted by ImageShack.us

Uwaga na palce!

Image Hosted by ImageShack.us

 

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

A jeden cały dzień upłynął nam niezwykle nietypowo i przyjemnie na zabawie w turystów. Także Seatle, iglica, galeria szkła Dale'a Chihuly (robi wrażenie), diabelski młyn (boszszsz.. - napisałam najpierw młyńskie koło...) i wielki lunch z licznymi owocami morza w menu i na talerzu. A! I sklep z antykami. Niezły szał, Kaśka by tam zamieszkała, albo wykupiła połowę. Więc niech omija szerokim łukiem. Były plany na super centrum naukowo przyrodnicze, ale pechowo alkurat tego dnia je zamknięto na tydzień czy dwa ze względu na prace konserwacyjne i takie tam. Następnym razem :) I tak było wystarczająco bodźcująco ;)
Chyba nie będę się wdawać w szczegóły, tylko rzucę zdjęciami.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Urzekła mnie niebywale ta część historii iglicy:

Image Hosted by ImageShack.usSzczególnie połączenie obrazka z opisem zawierającym słowa excitedly, sketched and silmilar...

 Szkło. Wszytsko to szkło.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Z dedykacją dla Konrada:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Antyczności:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Starsznie nieprzyzwoite, ale u mnie po północy, to chyba mogę pokazać?

Image Hosted by ImageShack.us

Patrzcie, co tu się dzieje!

Image Hosted by ImageShack.us

I jazda na jednym kole z widokiem na naszą jadłodajnię późniejszą:

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Dziękujemy za wycieczkę!!! :D

Image Hosted by ImageShack.us

 

Juicy znowu bez dokumentacji, ale pochwalę dziada, że całkiem ładnie popracował z owieczkami. Outruny będą chyba naszym planem na życie w najbliższych latach ;)

Strasznie nam było miło, jak zwykle za krótko, no ale co robić, trzeba się zwijać. Tym razem nasz podróżniczy plan braku planów był z góry skazany na porażkę, bo jeszcze od Polski wiedziałyśmy, że chcemy być na Nationalsach, a te już od 21go w Kolorado. Z licznej korespondencji wyłonił się wspaniały dla nas plan i okazja, żeby pojechać tam z Betty, którą też przecież bardzo chciałyśmy odwiedzić. Przez długi czas miałyśmy jeszcze w głowach taki pomysł, że zanim do Betty, to wskoczymy na chwilę z powrotem do Kanady odwiedzić  Irene i z nią pojedziemy do Montany. Nie namawiam, żebyście próbowali się w tym wszystkim połapać, ale jeśli ja tego teraz nie napiszę tutaj, to potem nigdy sobie nie przypomnę tych ciągów myślowo-planowych. Na etapie wizyty u Marti dojrzałyśmy do otrząśnięcia się lekkiego i zrezygnowania z tych rekanadyjskich kilkuset kilometrów w kierunku ponownie północnym (oraz bonusowego przekraczania granicy razy dwa, co przecież uwielbiamy). Dało nam to ten jeden, trzeci, dzień więcej w Marysville, dodatkowy deserowo-filmowy wieczór i mnóstwo radości. No i tym razem łatwiej było się żegnać, bo wiedziałyśmy, że się za kilka dni zobaczymy w Greeley.

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

 
1 , 2 , 3
Locations of Site Visitors