Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
czwartek, 17 listopada 2011
Kurczenie czasu

27.IX, wtorek

Wpis, w którym udajemy, że wcale nie czujemy presji zbliżającego się końca Wielkiej Wyprawy, przepraszam, Pierwszej Wielkiej Wyprawy ;)

Zacznijmy od tajemniczych licealnych miłości. Sprawa nie taka świeża, bo chodzi o dawnego chłopaka mamy Wandy :) Andrzej mieszka w Troronto właśnie, dostałyśmy namiary i tak naprawdę już od kilku dni Wanda próbowała się skontaktować. Różne zbiegi okoliczności, typu późne pory, wolne łącza, zepsute telefony i nie czytające numeru nadchodzącego połączenia komórki, złożyły się na to, że ostatecznie jedyną opcją spotkania pozostał nam właśnie wtorek. Niespieszne przedpołudnie miało się ku końcowi, myśmy w głowach ustawili sobie wizytę na wieczór, a tu nagle Wanda odkryła na mailu wiadomość(z poprzedniego dnia,j ak się okazało), że jesteśmy oczekiwani, ale gospodarze mają czas tylko do 16ej...

A przecież myśmy już mieli plan, plan który brzmiał: Niagara! Wodospad z daleka, plus wodospad z bliska za pomocą łajby Made of Mist. Wyjazd zaraz! Ech, jak wiele zmieniłoby odebranie poczty choć ze dwie godziny wcześniej... Główny problem polegał na tym, że ostatnia łódka dla turystów odpływała o 16.30, a tu już prawie biło południe. No i co, by tu? Zależało nam bardzo na tym, żeby zdążyć, ale także chcieliśmy się spotkać z Andrzejem...

Nie na darmo jednak tworzy się filozofie życiowe. Co się robi, jak chce się jedno i drugie? Bierze się dwa ;)

Adres, który dostaliśmy całkiem dobrze wpisywał się w ten nowy plan, bo trasa do niego pokrywała się z początkowym etapem drogi nad wodospady. I tak oto, niewiele po 12ej parkowaliśmy już pod kanadyjskim, polskim domem. Zostaliśmy serdecznie powitani i poczęstowani herbatą. Rozpoczęły się ciekawe rozmowy, przedstawianie się i życiowo-rodzinne opowieści. Szybko było wiadomo, że trafiłyśmy do kolejnych tak bardzo sympatycznych i życzliwych ludzi,że nie będzie łatwo wyjść :)

Strasznie mi się podobało w czasie naszej wyprawy to, że praktycznie co chwilę, choć wcale nie miałyśmy wielkich oczekiwań, nowe sytuacje, które życie stawiało przed nami, w mgnieniu oka dopisywały się właśnie do długiej listy wspaniale spędzonych chwil ;) Juicy dzielnie robił dobre wrażenie i zyskał dwóch kolejnych wielbicieli swojej psiej osoby – Andrzeja i jego żonę Małgorzatę, która wróciła z pracy i natychmiast dołączyła do naszej ożywionej rozmowy. Słowa to jednak nie wszystko, więc chociaż czas gonił, zeszliśmy wszyscy razem do komputera, żeby uzupełnić opowieści zdjęciami i filmikami.

Wykorzystam okazję i podzielę się piosenką, która wielokrotnie rozbrzmiewała w czasie wizyt tej wyprawy i którą po raz ostatni na tamtym kontynencie puściłyśmy właśnie w torontowskiej suterenie. Słowa, muzyka i wykonanie - Antek, brat Wandy:

 

Oj, miło było, ale... Minęła godzina trzecia! Zostało nam półtorej godziny i ponad 100km do huczących wodospadów...I tak żeśmy się zbierali i wyruszali, że ostatecznie zredukowaliśmy sobie czas tak bardzo, że potrzeby nasze, choć wciąż rzeczywiste, to stały się mało realistyczne: niewiele ponad godzina na pokonanie drogi i władowanie się na łódkę.

Czas start!

Cała droga upłynęła mi na przeliczaniu mijających minut i mijanych kilometrów, porównywaniu ich do planu minimum oraz naprzemiennym traceniu i odzyskiwaniu nadziei. Szczególnie pesymistyczny był początek, wyjazd z miasta w godzinach końca pracy. Uratował nas nieco pas przeznaczony dla samochodów o stanie pasażerów wyższym niż ten ograniczający się do osoby samego tylko kierowcy. A później nadrabialiśmy. Było to naprawdę imponujące, Chris nie szalał, nie czuliśmy, ze ryzykujemy życie dla bycia ochlapanym przez cud świata, ale mimo wszystko wyraźnie zbliżaliśmy się do niego co najmniej równie szybko, co minutowa wskazówka do wpółdowej szóstki. „Zdążymy, zdążymy, zdążymy”. Płynący z rozkręconych głośników głos Amy Winehouse zagłuszał ewentualne wątpliwości. Ciśnienie skoczyło jeszcze na sam koniec, kiedy to okazało się, że miejskie oznakowanie, które powinno w jasny i czytelny sposób poprowadzić nas do przystani, nie było tak klarowne, jak wymagała tego sytuacja. Aaaa! Kilka nadprogramowych złych skrętów i nawrotek, gasnące nadzieje rozbudzone wiele obiecującą końcówką i.... I ostatecznie wybiegłyśmy z samochodu na przystań jakieś sekundy przed 16.30, a Chris z Juicem ofiarnie pojechali szukać miejsca do zaparkowania. Szał, radość, zwycięstwo !...?...??....??? No nie bardzo tym razem. Choć według informacji, które przekazał telefonicznie jakiś niekompetentny pracownik, ostatni kurs Made of Mist miał się odbyć o wspomnianej 16.30, a mijany człowiek sprostował, że o 16.00, to tabliczki, przy zamkniętych na cztery spusty bramkach, bezlitośnie mówiły jeszcze co innego: 15.45 :/ No tak. Tyle z naszego grafiku „idealnego” wyszło. Znaleźliśmy się wkrótce znowu w pełnym składzie i kręciliśmy razem głowami. Ale nie ma się co załamywać, czy to ostatni raz jesteśmy w Niagara Falls? ;) ;) Zastanawialiśmy się jeszcze chwilę nad tym godzinowym nieporozumieniem i stwierdziliśmy, że właściwie nasze szczęście w tym, że rejsy już dawno zakończone, bo jednak zawsze łatwiej przeżyć stratę, kiedy się dowiadujesz, że te bramki są zamknięte niemal od godziny, niż być naocznym świadkiem opuszczania rolet tuż przed osobistym nosem, co z dużym prawdopodobieństwem miałoby miejsce o tej teoretycznej 16.30. Czyż nie? Pocieszało nas też to, że po zmroku wodospad jest podświetlany i nie mam opcji, żebyśmy się na tę atrakcję nie załapali ;)

 

Tymczasem, korzystając z dość marnego, ale mimo wszystko jednak światła, zabraliśmy się za foty a'la „turyści w Ameryce” :D

 

 

 Ale STOP!

 

Należy się kilka słów wstępu. Czy ktoś się spodziewał dżungli i ściany wody wylewającej się spod stóp/lejącej się na głowę?? My na szczęście nie, bo żeśmy zweryfikowały swoje kreskówkowo-fillmoprzygodowe pojęcie o wodospadach z tym, co nam wujek gugiel chciał na temat cudu świata powiedzieć. Polecam to wszystkim planującym odwiedzenie tego punktu na USAowsko-kanadyjskiej granicy. Z pięknymi okolicznościami przyrody w szerszym ujęciu niewiele Niagara ma wspólnego, bo masy wody otoczone są masami betonu rozlewającego się w poziomach (ulice, mosty) i pionach (tamy i wieżowce). Jak się łądnie wykadruje, to można coś tam jeszcze poudawać, ale polecałabym, dla lepszego efektu, celować w pogodę charakteryzującą się bezchmurnością (załączone zdjęcia nie są ilustracją do tej rady!). Rada druga: załapać się na Made of Mist, poniewusz to, co można w ludzkich niagarowych relacjach znaleźć wspólnego, to uwaga o tym, że prawdziwe wrażenie wodospad robi dopiero wtedy, kiedy jest się na łódce, względnie bezpośrednio pod nim. O. I sztormiaczek pamiątkowy zostaje ;)

 

Powróćmy do naszej sesji zdjęciowej.

 

Juicy się lansi

 

Wanda się nie cackała, zainwestowała w monumentalność pamiątki, O! Krótka dokumentacja zdjęciowa obrazująca ten fakt:

 

 

Osiągamy szczyt lansu:

By nagle...

Ups, policja...

 

Szybkie przyjęcie strategii "jelsyk mie sje plonce wlaso, bo wiesie, nno ttego..."

 

Panowie, to takie żarty przecież...

 

Nie wiem, czy dla Wandy się zatrzymali, czy nie, szczęśliwie szybki tygrysi zeskok z murka powstrzymał interwencję :)

I jeszcze kompozycja pt. Juicy Falls

 

 

I Chris z daleka, ale za to z Sheratonem. Za plecami autora zdjęcia - Niagara.

 

Dla głodnych obrazu ruchomego i huku wodospadającego Wanda skleciła takie cusio:

 

Oczekiwanie na zmierzch umiliła nam wizyta w restauracji znajdującej się na 20(?) piętrze pobliskiego wieżowca.

Uprzedzę ewentualne pytania – nie ładowaliśmy się tam z Juicem ;) Pies grzecznie korzystał z nabytej w czasie wycieczki, umiejętności czekania w samochodzie. A myśmy się burżujowali.

Ile się tu kto dopatrzy, tyle jego ;)

 

 

Mi jakoś ciągle bliżej do kociołka nad ogniskiem niż doznań artystycznych z gatunku takich,o :

Mam nadzieję, że nie jedliśmy tego deseru do góry nogami... O zgrozo! ;)

 

Tak, chwila grozy-zgrozy też była, bo mimo ciemności ogarniających ziemię woda się nie świeciła! A przecież miała i na zniesienie kolejnego zawodu nie byliśmy gotowi. Całe szczęście pan kelner dodał nam otuchy zapewniając, że to już niedługo. I stało się:

 

 

Zeszliśmy do Juica, napatrzyliśmy na iluminacje i dzielenie ruszyliśmy w drogę powrotną. Drogę do ostatniego noclegu na amerykańskiej ziemi 2011.

 

Dzięki Chris za kolejny fajny dzień! :)

 

środa, 02 listopada 2011
Strefa centrum

26.IX, poniedziałek

W poniedziałek ruszyłyśmy na miasto. Brzmi hucznie, w praktyce oznacza pospacerowanie w ścisłym centrum i przejrzenie sklepów ze sprzętem turystycznym ;) Chris nakreślił nam na mapie kilka propozycji do zobaczenia, a ostatnim, w którym mieliśmy wieczorem się najeść, była restauracja. Ale o niej później, na razie chodniki. No i od razu zejdę na psa, bo nie samymi chodnikami człowiek chodzi, wielokrotnie natknęliśmy się na ogromne (jak na to, co do tej pory widywałam w każdym razie) kratki wentylacyjne, które zajmowały ponad połowę szerokości trotuaru (ale słownictwo, co? Uczyli mnie w podstawówce, żeby unikać powtórzeń ;)) i ciągnęły się tak z 10 metrów. Jak można nie skorzystać z takiej okazji? Smaki w dłoń i maszerujemy, Juicy radził sobie przepięknie i z kratki na kratkę jego chód stawał się mniej chwiejny i pokraczny. Przemieszczaliśmy się tak pomiędzy drapaczami chmur, podziwialiśmy wystawy i śledziliśmy nazwy mijanych ulic. Po dotarciu do wspomnianych sklepów turystycznych Wanda stanowiła delegację zwiedzającą półki i piętra, a myśmy z Juicem grzali płytki chodnikowe przed Starbucksem, nadrabiając zapóźnionego bloga. I znowu się chłopak nasłuchał zachwytów na swój temat, a jakiś pan to nam nawet zdjęcia robił. Ech, trzeba było kapelusz wystawić ;)

Wróćmy na trasę. Trochę szkła:





Nowoczesne budownictwo sąsiadowało miejscami z nieco starszym architektonicznym dobytkiem ;)



Uwaga, jeśli traficie kiedyś na film, w którym ludzie biegają po ulicy z kijami do hokeja, to wspomnijcie nas! Byłyśmy tam, widziałyśmy, jak kręcili scenę na Torontowskiej ulicy! Samochód jedzie od lewej granicy kadru, jest czerwony albo biały (chyba), a ludzie chodzą sobie z kijami, nie da się pomylić z niczym innym! ;) Przeczucie podpowiada mi, że to nie będzie ambitne kino :) Nie należy nas szukać wśród tłumu, bo przeszłyśmy po złej stronie kamery. Ech, kolejna szansa na zaistnienie stracona :/

 

Wandę od dawna kusiło nawiedzenie jakiegoś kulturalnego obiektu, celem doświadczenia amerykańskiego musicalu, ale oprócz ograniczenia czasowego okazało się, że i finansowe się kłania, bo ochota ochotą, ale ceny biletów zaczynające się od 100 dolarów trochę wyhamowały pęd do zaspokojenia muzycznego głodu. Nadrobimy następnym razem, jak będziemy bogate albo znajdziemy kupon na MyDealu.

Kulturalnie przeszłyśmy się za to do starej dzielnicy, gdzie znalazłyśmy trochę galerii otwartych dla plebsu.

Najpierw sztuka współczesna wyrastająca ze bruku:



Kilka zdjęć z jakiegoś nieco streetartowego przybytku. Sztuka widziana przez pryzmat kostki Rubika (w Kanadzie twierdzą, że to nie ten od klaskania!):

 



Tacy, o.. panowie:

W których interesujące (dla mnie w każdym razie) jest akurat to, jaką techniką zostali wykonani:

 

I jeszcze ambitnie – kamykowy Ludwig:

 

 

Przebijając się od Ludwiga do (zahaczając o starego znajomego R.McD of kors ;)), natknęliśmy się na coś, co niewątpliwie stałoby się podstawą do jakiegoś wrześniowego prima aprilisa na blogu, gdybyśmy tylko nie byli tak paskudnie zapóźnieni. Teraz nam nikt nie uwierzy, żeśmy się na biegun wbili na moment, ale co tam, zdjęcia są!:



 

Wieczorem przyjechał po nas Chris, Juicy po wielogodzinnym szlajaństwie po ulicach, kołach arktycznych i innych został zabunkrowany w samochodzie, a my poszliśmy na wyczekaną kolację. Co to jest to całe Marche? Ano restaurant, ale taki wielki i stylizowany na targowisko uliczne, wszędzie stoiska z rozmaitym jadełkiem/żarełkiem, człowieki łażą ze zdradliwymi kartami, na które nabijają sobie pyszności, które im się zamarzą, a potem są tylko lekko zaskoczeni przy kasie ;) Było bardzo miło, myśmy się strojem wpasowały bardziej w owe targowisko niż restaurant, ale nie to jest przecież najważniejsze :) Było i trochę sushi, i kurczak, i pieczony ziemniak, z namierzonych naleśników ostatecznie zrezygnowałyśmy, bo miejsca się nagle w brzuchu zrobiło tylko tyle, co na deser ;) Z kurczaka podwójna korzyść, bo jeszcze Juicowi się kosteczki do obgryzienia trafiły i trud oczekiwania został nagrodzony :)



I tyle na poniedziałek. A we wtorek będzie o licealnych miłościach i wodospadach ;)

 

Czy ktoś zauważył, że nie jęknęłam o tym, jak to się trudno nadrabia??? ;)

Locations of Site Visitors