Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
środa, 19 lutego 2014
Helołin(amaka)

31.X

Wyspałam się, wyspałam się, wyspałam się. I poszłam z Juicem przywitać jesienio-zimę.

Plan-nieplan był taki, że zostajemy na jeden dzień i nastepnego rano ruszamy dalej. Ale w okolicach południa plan-nieplan się zmienił, bo się okazało, że jak dotrę do jednego miasteczka, co to jest ze 300 km dalej, to będę mogła się zabrać z jakimiś psimi ludźmi aż do Idaho, tam gdzie chcę. No to dawaj, plecak raz dwa spakowany i jedziemy z Terri i Sandy do Reno. Po drodze zahaczyliśmy o walmart, ja jakąś szybką wałówkę, dziewczyny swoje zakupy i dalej. Okazało się, że te „swoje zakupy”, to był telefon... Kupiły mi telefon. Takie uszczęśliwienie-ubezwłasnowolnienie się zadziało. Ale  i tak dzięki! Doceniam, wbrew pozorom ;)

W Reno się pożegnałyśmy, ja spożyłam bardzo zdrowo dwa frytkoburgery (autentyk z burger kinga), popiłam colą, dolewkę zatankowałam w super kubek termiczny i pomaszerowałam na wjazd na autostradę. Niestety na mapie nie było za bardzo widać punktów pośrednich podróży, jedyny jaki znalazłam był zaledwie 40 km od Reno, ale nic nie ryzykowałam, poza tym jego nazwa składała się z 7 liter a nie z tylu, z ilu docelowa Winnemucca. A na dwóch pionowych kartkach A4 robi to zasadniczą różnicę. NIe ukrywam też, ze liczę zawsze nieco na taki scenariusz, że może ktoś, kto niekoniecznie ma ochotę wieźć autostopowicza 4 godziny, to na pól się skusi. I wtedy ma się te pół na urobienie go ;) Bardzo mnie zaskoczyło, że nie musiałam długo czekać. 10 minut, i wypasiony hjundaj stoi otworem :) Dość szybko wyszło, że ja wcale nie do tego miejsca, tylko dalej, ale niestety pan tylko do tego miejsca :( Niemniej miło się rozmawiało. I chyba nawet bardzo miło, bo zaraz pan przemyślał i powiedział, że w sumie, to może się przejechać do WInnemucca, to sobie przyjaciół dwiedzi przy okazji :) Tylko samochód musi zmienić na drugi.No to podziekowałam mu serdecznie, zmieniliśmy samochód i przemknęli my przez Nevadę!

Droga była nieco bardziej pusta niż się podziewałam



Takie to było moje autostopowanie :) Nagadaliśmy się, dostałam jeszcze rękawiczki na zimę, super czołówkę i zapas baterii. Ten zapas chyba też na zimę :)

W mieście spotkałam się Kathi, z kórą miałam następnego dnia jechać, umówiłyśmy się na szóstą rano, po czym wykonałam w tył zwrot i udałam się w poszukiwaniu noclegu. Eh, ciężkie życie, przyszło mi po motelach chodzić! Ale przynajmniej widoki w tle ładne...

cmentarzyk tematycznie

 

Pierwsze kilka prób przyprawiło mnie o bezdech, bo choć na psa nikt nie kręcił nosem, to cenami rzucano z przedziale 50-80 dolarów. A wchodziłam tylko do tych przybytków, co to za bardzo nie wyglądały... Szczęśliwie miasteczko było mocno motelowe, wiec nie traciłam nadziei na ratunek. Nie wiem jakim cudem miałabym przełknąć choćby te 5 dych. Namierzyłam coś, co wyglądało bardzo obiecująco obskurnie i nie rzucało szyldami o wifi  i śniadaniu. Pani na recepcji aparycją swoją i wrażenienm ogólnym podtrzymała moje mniemanie o klasie miejsca. „Ile?” się grzecznie pani zapytałam. „28”. „Biorę!” - chciałam zakrzyknąć, ale jeszcze strategicznie powiedziałam, że się przejdę i pewnie zaraz wrócę. Pani był bardziej strategiczna, bo oświadczyła mi, że to ostatnia jedynka, jaką ma wolną. Moja karta bipnęła w termianlu.

 

Spelunka, oj spelunka.Ale nieczego więcej nie oczekiwalam, więc całkeim szczęśliwa przełożyłam wszystko, co ważne do małego plecaka i wyruszyłam zdobyć trochę internetu. Po wizycie w kfc (czysto internetowej, bez łazienki nawet), powróciliśmy na włościa.  Jakoś tak przed wyjściem pomyślałam, że chyba czuję, że ktoś tu będize właził, jak wyjdę i żeby móc swoje przeczucie zweryfikować, to postawiłam za drzwiami (otwierały się do środka) Dżusową miskę. Postawiłam tak, że trzeba było te drzwi bardzo wąsko otworzyć, żeby jej nie ruszyć. I tak wąsko je otworzyłam, kiedy wychodziliśmy. I tak samo wąsko je otworzyłam, kiedy wchodziliśmy. A jednak miska była była dużo dalej niż ją zostawiłam. Nie zdziwiło mnie to jednak za bardzo. Trochę wkurzyło, no bo jednak - heloł... I chciaż nie poczułam się tym poruszeniem histerycznie poruszona ani przestraszona, to miło mieć psa przy sobie w nocy ;)

Ten post powstał w motelowym pokoju, na motelowym łózku. Kołdra obleśna, z wypalonymi petowymi dziurami, więc sobie karimatę położyłam wierzchem, że się tak wyrażę. Nie chciało mi się śpiwora z dna plecaka wyciągać, żeby go bladym świtem pakować z powrotem, więc przychytrzyłam system i rozkręciłam na maxa grzanie. Mam tu w okolicy 30stopni C, więc powinno się dać bez przykrycia :)

Włościa-obleśnościa:

Dobranoc po raz dugi.

czwartek, 13 lutego 2014
Magia. Magia kina!

30. X

Na początek, dla wszystkich którzy nie czują mocy tytułu, umieszczam link (polecam włączyć HD dla pełnego zahwytu :)):

 http://www.youtube.com/watch?v=ISGLd-UYAnc

 

A teraz. Wierzcie lub nie, ale ten wpis (niezależnie od tego, kiedy go zamieszczę) jest (był?) pisany na bieżąco! Tzn. w mniej niż 100 godzin po wydarzeniach, nawet mniej niż 50. Klasa jednym słowem.

Otóż nadszedł taki czas, kiedy trzeba było ruszyć cztery litery, a nawet osiem, bo Dżusa oczywiście nigdzie nie zostawię, i się przemieścić. Historia jest skomplikowana ze względu na różności wizowe, może oszczędzę rozwijania tematu, grunt że musimy się z początkiem grudnia wymeldować ze Stanów i wracamy wtedy do Kanady. Podróż w kierunku 'góra' rozpoczynamy już teraz, odwiedzając oczywiscie po drodze różnych fajnych ludzi. Cel numer jeden - Idaho. Z mojego obecnego położenia - trochę ponad 1000km. Nie ukrywam, była myśl, żeby zrobić to w jeden dzień ewentualnie.  Na szczęście mamy dobrych znajomych, którzy czasem myślą za nas i zaproponowali nam nawszelkowypadkową miejscówkę w Nevadzie. Nevada za górami. To ważne. Chciałam ruszać w poniedziałek. Czemu? Bo tak. Bo kiedyś trzeba przecież. No i przyznaję, że gdyby i tu kilka osób trochę za mnie nie pomyślało, to bym pojechała. Ale po serii niedzielnych rozmów, popartych dowodami rzeczowymi na to, że w poniedziałek, to akurat w owych górach jest burza śnieżna, a we wtorek co najmniej deszcz, przedłużyłam (jak rozsądnie!) moje kalifornijskie wygrzewanie siebie do środy.

Opuszczanie miejsca po tak długim czasie, plus ruszanie w prawie samotną podróż ku zimnu, nie są najlepszym zestawem. Zbieranie siebie i wszystkich bambetli zajęło mi właściwie całą noc. Ja jak nie muszę, to się nie spieszę, więc spieszyłam się dopiero już bardzo rano, po godzinnej próbie drzemki. A potem szybkie śniadanie, karmienie zwierzyny  wspólna droga z Trsh do Salinas. Ubrałam się oczywiście jak na Syberię. Rano to to nawet trochę Syberię przypominało.

Przed ósmą sterczeliśy już zdani sami na siebie na jednym z wjazdów na autostradę. Musiałam nieco marnie wyglądać tam na takim podrzędnym skręcie, z moim wybazgranym „SACRAMENTO”(280km), ale co tam. Słońce wschdziło mi wprost za plecami, co niewątpliwie nie ułatwiało, bo kierowcy raczej się skupiali na osłanianiu sobie oczu, a nie na próbie odczytania czym tam macha cień. No nie zapowiadało się łatwo, a czas się ciąąągnął. Szybko zorentowałam się, ze nie odrobiłam pracy domowej z wybierania najlepszego miejsca.. Kilka kilometrów dalej był zjazd z Makdonaldem, ale za późno, nie było juz jak się tam przetransportować... Ale nie traciłam nadziei i dzielnie trwałam na posterunku, pociągając sobie z supertermokubka kawę, dla podniesienia morale i temperatury. Ciężko w to uwierzyć, ale już po godzinie siedziałam w samochozie z bardzo sympatycznym Arturem, ktróry jechał właśnie do Sacramento. Można? :) Na lawecie wieźliśmy długaśnego lincolna, do którego wmiędzyczasie dorzuciliśmy jeszcze toyotkę. Kolejna miła podóż.



W Sacramento, już po południu pożegnaliśmy się z lincolnem a potem z Arturem. I rozważałam przez chwilę, czy próbuję dalej do Idaho, czy poddaję się trochę i atakuję newadowe Gardnerville. Zdrowy rozsądek miał ostatnio dobry trening i to chyba zadziałało. Podjęlam jakże mądrą i odpowoedzialną decyzję, że trzeba przenocować, skoro jest gdzie. Ach, należy się w tym miejscu dygresja. Dlaczegóż to ja się tak martwię noclegiem? Opowiedizą nie jest nawet to teoretyczne zimno (choć na razie Sacramento i gorąc!), ale to, że nie mam namiotu! Nie zdecydowałam się na zostawienie tego Wandy, bo jest po prostu za duży. I stwierdziłam, że najwyżej kupię jedynkę, ale na razie nie kupiłam, bo jednak zima i tak nie sprzyja spaniu w namiocie. Koniec dygresji, jak mawiał p.Pomorski.

Z Reno, do którego miałam ponad 200 km, mogła mnie odebrać Terri. Ale wiedziałam, że sama ma do tego Reno 80km, więc popatrzyłam na mapę i wydumałam, że właściwie krótsza jest trasa taką mniejszą, bardziej południową drogą i że jak dojadę do Tahoe, to nawet, jeśli nie dam rady dalej, to Terri będzie miała bliżej po mnie o połowę.  Pobieglam jeszcze szybko zredukować w zaciszu łazienki swoje zimowe warstwy, które były ciężkie do zniesienia w panującym upale. I połączyłąm się na chwilę z internetem, żeby jeszcze rozwiać swoje wątpliwości dotyczące trasy. Na szybko nie udało mi się skontaktować z fejsbukowymi doradcami, więc rozpoczęłam wpisywanie w google nazwy mojej nowowymyślonej drogi. Co zrobił gugiel, kiedy wklepałam „highway 50 nevada”? Ano to:



Lux. Ale nikt mnie nie zdążył fejsbukowo powstrzymać, choć byli tacy co chcieli, i ruszyłam. Dość szybko, dzięki dwóm kobiecym (rzadkość!) podwózkom dotarłam do masteczka Placerville. Wszystko się tak pięknie składało, że nie miałam wątpliwości, że dotrę gdzie trzeba. Nie mogłąm znaleźć jakiegoś dogodnego i legalnego miejsca, więc stanęłam tak, ze można to było podciągnąć pod „ na autostradzie”. Ale był tam i kawałek chodnika, i trawnika i murek. Najpierw stałam na chodniku przy murku, potem siedziałam na murku, potem stałam na murku. Nic. Nic, nic, nic. Godzina i nic. A samochodów sznury! I chyba chociaż ze 30 procent musiało jechać do tego Tahoe, no bo gdzie indziej, ja się pytam?

Mój "chodnik". Mam pewność, że nie był dedykowany chodzeniu, bo po pierwsze do nikąd nie prowadził, a po drugie był porośnięty czymś z kolcami. Trochę bez sensu, co?



Zmieniłam trochę pozycję na wspomniane wcześniej "na trawniku", które mieściło się pomiedzy dwoma znakami o zakazie pieszych (więc niewątpliwie nie obejmowały one trawnika, prawda?). I walczyłam dalej. Niestety przez kolejne minuty z równie marnym skutkiem. Kiedy w końcu ktoś się zatrzymał, wcale nie byłam szczęśłiwa... Niestety był to (starym zwyczajem) policjant... Yhy... Z lekką rezygnacją wyszłam mu na przeciw. A tu niespodzianka! On całkeim miły! Tzn to nie do końca niespodzianka, bo do tej opry wszyscy byli mili, ale nie wszyscy od początku. Zapyał skąd jestem, ucieszył się i wskazał na swoją pierś, na której miał wychatowane polsko brzmiące nazwisko, zagadał (nie, nie po polsku), że tutaj jest prawo, że nie mogę stać na ulicy, ale zanim sprobowałam się tłuaczyć, to sam zauważył, że przecież ja na ulicy nie stoję, więc jest ok :D. Oczywiście zajrzał w paszport, ale zero stresu, jeszcze mnie uspokajał, ze taka procedura i nic więcej. POpytał jak mi się autostopuje, życzył powodzenia i miłego wieczoru i pojechał. O. I stałam dalej. Słońce znikęło za drzewami w związu z czym nie waliło mnie już po oczach, ale za to oczy mojej wyobraźni stały się bardzo zajęte wizualizowaniem sobie zwijania się pod jakimś krzakiem w kokon zbudowany ze śpiwora i folii termicznej (słyszysz Sławek? Czytasz znaczy sie? Mogła się przydać! Mogła!). Wzje te przerwały dwie panie, które mnie zagadnęły, bo było im mnie szkoda, bo się robi ciemno i zimno, a nikt mnie nie chce podwieźć :( I tak sobie rozmawiałyśmy, kedy nagle dotarło do nas, że ktoś coś woła. Młoda dziewczyna właśnie wyjeżdżała z zakrętu i dopytywała przez otwarte okno, czy ja chcę do Tahoe. Tak! Ja! Ja do Tahoe! Tak! :D

I tym sposobem, jeszcze przed zmrokiem mknęliśmy szczęśiwie ku Tahoe. I tu czas na magię. W ciągu zaledwie kilkudziesieciu minut znaleźliśmy sie  w otoczeniu podsypanech śniegiem drzew. Niby wiedziałam, tak, ale jednak to faktyczne przeskoczenie z letnich wakacji o 16ej w zimowe o 19ej, to było trochę więcej niż sądziłam. Jakoś mnie to przytłoczyło nieco. Co ja robię?????!!!!! Z lekkim przerażeniem obserwowałam białość a szybą. Humor nieco poprawił mi niesamowity widok niezbyt nisamowitego działania, a mianowicie kontrolowanego wypalania lasu. Wyglądało to magicznie - drzewa, śnieg, gęstniejący mrok i pośród tego mnóstwo ognisk. Strasznie żałuję, że nie mam zdjęcia, ale to był tylko moment :(

Dałyśmy znać Terri gdzie będziemy i o której. Tu się trochę zmartwiłam, bo okazało się, że dotarcie do mnie nie będzie dla niej wcale dużo krótsze niż do Reno... Bardzo sprytnie nie wzięłam w swoich przemyśleniach pod uwage ukształtowania terenu... A moja umierająca mapa komórkowa nie ułatwiła mi zadania (że tak się spróbuję trochę wybronić;)). Pożegnałam się z moją wybawczynią i wskoczyłom z auta pod marketem, gdzie miałam czekać na Terri. No.. To był kolejny szok. Bo jednak zima zza szyby samochodu to jedno, ale zima na zewnątrz to drugie. To było już stu procentowe wrzucenie mnie w ferie. Mróz, ciemność, zimność, czarny mokry asfalt, śnieg, para z ust, i jeszcze do tego ten zapach palonego drewna, który tak często jest obecny w małych górskich wioskach polskich. No zima, ferie, obóz normalnie. "Gdzie są moje narty?" I... "Przepraszam, kórędy do domu?" Tutaj wizje z kocykiem srebrno-złotym nie miały już racji bytu.

Czekałam na Terri. Stałam tak pod tym marketem i co jakiś samochód podjeżdżał, to głowa w górę, i dawaj, wpatrywać się w ciemne szyby - ona, czy nie ona?! Nie ona.. :( I znowu, chwila nadziei, niepewność, a może jednak?! Nie ona... :( Przy którymś z kolei samochodzie uświadomiłam sobie, że chyba właśnie jestem psem. Takim to przywiązanym przed marketem psem, wpatrujacym się w drzwi i co chwila przeżywającym swój mały cykl psiości-wierności. Pocieszyło mnie nieco, że w wykonaniu Juica jest w takim cyklu mniej pobudzenia niż w moim. Bo on już bardzo dobrym poczekadłem jest ;)

W końcu dane mi było przeżyć i tę radosną chwilę pt. „to ona!”. Załadowaliśmy się do samochodu i w miłym towarzystwie i miłej temperaturze dojechaliśmy na farmę. Terri przygotowała mi miejsce w kamperze. Całe szczęście nie łapało mi żadne wifi i mogłam zdroworozsądkowo zabrać się za najważniejsze :) Zamknęłam drzwi do sypialni, odpaliłam farelkę, zagrzebałam się w kołdrach, wciągnęłam pod nie dodatkowy grzejnik marki aussie i zapadłam w głeboki sen. Bardzo potrzebny. Ciężko mi było uwierzyć, ale uświadomiłam sobie jeszcze, żepo niemal bezsennnej ostatniej nocy (pół h?) nie odłączyłąm się w żadnym samochodzie! Tzn. w pierwszym prawie się to stało, ale Artur coś tam zagadywał ciągle i się po prostu nie dało.  A potem jakoś nie było czasu.

Ale teraz! Teraz sobie odbiję! 12 godzin, he, he :)

Jeszcze na zkończenie dnia pierwszego Podróży Prawie Samotnej dopiszę, że chyba wyglądamy bardziej żałośnie niż jak walczymy całą ekipą, z Wandą i jeszcze jej plecakeim, bo dwa razy zostaliśmy przyatakowani darami. Najpierw rano zatrzymała się pani, która zupełnie nie jechała w naszą stronę, ale wyznała, że ma fisia na punkcie psów i zaczęła mi wciskać jakieś drobniaki, mimo że zadeklarowałam brak potrzeb gotowkowych, a potem w Sacramento, jak sobie szliśmy poboczem, to jeden samochód zwolnił, przez okno wychylił się pies, a potem pan i pan wręczył mi, nie zatrzymując się, torebkę ze smakołykami dla Juica :)

Dobranoc!

(czy życzyłam już dobrej nocy w tym roku? Chyba nie, bo ciągle piszę te bazgroły w zupełnie innym czasie ;) Ale dziś dzień wyjątkowy. I wpis chyba też - na świeżo i długaśny wyszedł).

 

 
1 , 2
Locations of Site Visitors