Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Machajcie, aż zaśniecie, zaśnijcie, gdzie nie będzie polewane.

3-4 IX

 

Robyn obiecała nas podrzucić do Salt Lake, zebyśmy  miały łatwiejszy start w naszym poworcie do stopowania. Pobudka bladym świtem (czyli o szóstej, co dla nas jest środkiem nocy), o ósmej byłyśmy już na wjeździe na autostradę. Zapowiadało się więc wybitnie obiecująco – dobry czas i jakieś 1400km do przejechania, jest moc  :)

Naładowane tym wybitnie skoroświcim dotarciem na stanowisko zabrałyśmy się ochoczo za działanie. Niestety dość szybko wielkie nadzieje opadły. Czas mijał, podżerałyśmy wytrwale mikrosnikersiki, uśmiechałyśmy się, łaziłyśmy w przód i wspak, nic to. Nie dało. Jak Wanda stanęła, to ja się walnęłam i nic nie było mnie w stanie powstrzymać przed zapdnięciem w sen.



Jak zabita spałam, a co gorsza i wyglądałam. Pomyślałyśmy potem, że prawdopodobnie łapanie stopa „na trupa” mogło być składową naszej porażki. No bo trochę poracha – trzy godziny, TRZY!!! Po kolejnej zmianie znowu czekaliśmy i czekaliśmy...



I czekaliśmy... Ale... Ale jak już się w końcu ktoś zatrzymał, to wiadomo – konkret :) Truck. I to z gratisem w ppostaci prawdziwego autostopowicza z prawdziwym psem na pokładzie! Tak wiec była nas wesoła gromada – dwie baby, dwa chłopy, dwa psy, niemal dwa austalijczyki, bo szczeniorek był mega bliski australian cattle dogowi. Autostopowicz był na ful wypas, taki autentyk, jakiego jeszce ne widziałyśmy i pewnie więcej nie zobaczymy – włóczęga bez domu i dobytku, z małym plecakiem, spodniami mającymi więcej łat niż materiału pierwotnego i brudem na nich, który trzymał te łaty ze sobą lepiej niż robiły to widoczne gdzieniedzie nitki. Włosy też się trzymały na brud, trzymały się nieźle – stercząc na wszytskie strony dredami. Chopak (zabijcie, ale nie zapamietałam imienia, wątpliwie prawdziwego zresztą, ale zawierało słowo SEA) był ciemnoskóry, ładniutki, lat 19, prawie 20, jak twierdził – w podróży już 7 lat. Oprócz bycia pięknym, młodym i sympatcznym emanował jeszcze jednym... Zapaszkiem. I to nie byle jakim, z gatunku profesjonalnych i długo pielęgnowanych (nomen omen) takim. I był przykładem totalnie bezproblemowego pasażera. Tzn. nie miał żadnego problemu z niczym, z tym że śmierdział szczególnie nie :) No i gawędziliśmy sobie tak trochę, Wanda ze swojego stałego  stanowiska na tylnej kanapie pewnie mogłaby podać więcej szczegółow, ale może była zbyt skupiona na oddychaniu przez usta? ;) Tak czy inaczej opowieści były dziwnej treści, ale mimo wszystko bardzo ciekawe i zawierały trochę szczegółów dotyczących tego, jak to mu mama pozwoliła podróżować już jak miał 13 lat, „bo chciał”, o jeżdżeniu pociągami (towarowymi oczywiście i na nielegalu), o tym jak raz został poważnie pobity przez amerykańskich SOKowców z tej okazji, i tym, ze miał kilka szczurów, które jak rozumeim, mieszkały po prostu na nim, o tym jak nielegalnie przedostawał się przez różne granice, o tym jak dorabiał szukaniem złota i inne. Ja tam chcę w to wszystko wierzyć, bo naprawdę było ciekawe. Boje się tylko nieco o szczeniaczka, bo chłopak chyba go zgarnął z ulicy pod wpływem chwili, a zupełnie nie przekalkulował jak to wygląda finansowo i jak ogranicza taką beztroską włóczęgę, ze skakaniem z pociągów i autoszmuglem międzynarodowym włącznie. Po kilku wspólnych godzinach się rozstaliśy, bo **SEA** zmierzał w okolice Las Vegas, więc w Nevadze zmienił kierunek z zachodniego na południowy, a my, po małym wietrzeniu ruszyliśmy w okrojonym składzie dalej. Co jeszcze było wypaśnego w nasze  podwózce, a o czym nie wspomniałam? A no to, że na tabliczce miałyśmy Reno, a dość szybko okazało się, ze dojedziemy znaaacznei dalej :) Sał Frałsisko! Taka opcja! :D

 

Całkiem szczęśliwe znalazłyśmy się na dość mocno obrzeżach ciemną nocą, o godzinie jakoś 2 a.m. Z tego co pamiętam nasz trucker proponował nam przespanie się w szoferce, ale my z zasady unikamy takich intymności i się grzecznie pożegnałyśmy i wytoczyłśmy ledwo przytomne (oczywiście kimałyśmy po drodze) na ulicę. Okolica średnio sprzyjająca – mnósto mniejszych i większych przedsiębiorstw, słabo z ustronnym miejscem. Wspierając się nieco mapą, błądziłyśmy w okolicznych uliczkach, bezskutecznie szukając naszych upragnionych, płaskich 4 metrów kwadratowych. Preferowałyśmy trawę of kors, ale byłyśmy gotowe na ustępstwa. Zależało nam też oczywiście, żeby się tłum pieszych nie przewalał z rana po głowie, a biznesowość okolicy niestety groziła tymże. Były i śliczne trawniczki, nie wszystkie skrajnie ustronne, ale za to piękne. Ale! Ale nie z nami te numery! Po pamiętnej przygodzie w Wallace, wiedziałyśmy że należy takie cudowności zielone dobrze obejrzeć z bliska, bo mogą mieć wbudowaną funkcję prysznica... Nie myliłyśmy się – wszystkie, co do jendego, ją miały. I żadnej informacji o godzinach oprysku oczywiście... Łaziłyśmy z całym dobytkiem ponad godzinę i robiło nam się już trochę „Ej, mam dość”. Sytuacji nie ułątwiały liczne płoty, które uniemożliwiąły nam wykonanie szybkiego i niezbyt męczącego riserczu i zmuszały do nadrabiania kilometrów (no sorry – to naprawdę poszło w kilometry!).

Ale wreszcie, w samym środku nocy, okło trzeciej, trzeciej trzydzieści bardziej – udało się! Dorwałyśmy TO! Miejsce z płaskim podłożem, nieuwierającym, nieco zakrzaczone dla zapewnienia minimum prywatności i z gwarancją braku pieszych. Zarówno o poranku, jak i innej porze :)

gdyby youtube robił cyrki, to tu jest alternatywna wersju. W słabszej jakości i bez scotta mackenziego, no ale jest: http://youtu.be/VKqD6JE2xP0

Wszystko się sprawdziło, łącznie ze śniadaniem w in&oucie :) Nie ma to jak się opchać mieszanką tłuszczu i cukru o poranku, yummy! :)





Wydostawanie się spod Sał Frął nie było banalne i znowu zajęło nam trochę czasu, ale finalnie seria życzliwych kierowców, pojawiających się w tych nieco zbyt długich odstępach czasu sprawiła, że w okolicach 17 byłyśmy w Salinas. W Salinas, gdzie lepiej byłoby się znaleźć godzinę wcześniej, kiedy to mogłyśmy spotkać tam Trish i razem z nią pojechać do „naszego nowego domu”. No ale trudno, jest jak jest. Znowu spędziłyśmy na poboczu nieco więcej niż zakłada definicja optimum, aż w końcu, w promieniach zachodzącego słońca, zatrzymał się biały van wypełniony meksykańską rodziną. Dwie kobiety, męska głowa rodziny i chyba czórka dzieci. Trochę się bronili, jak zobaczyli psa, ale udało nam się zrobić smutne oczy, złożyć ręce w wymownym geśćie, wyrzucić z siebie bardzo szybką serię zapewnień, obietnic, próśb, skarg na los, nadziei i że to tylko godzinaaaaaaaa. I byłyśmy w środku :) Ja na przednim, Wanda z tyłu, pośrodku przedszkola. Bardzo było miło, rozmowy o życiu, a na koniec jeszcze nam użyczyli telefonu, żebyśmy mogły zadzwonić do Trish, że jesteśmy na stacji benzynowej, rzut beretem - 6km. I przyjechała i nawet jeszcze były resztki światła,  jak się witałyśmy. Happy end :) Albo beginning :)

poniedziałek, 13 stycznia 2014
A gdyby tak? Dziura.

28.IX - 2.X

 

Jaki był "plan"? Taki, że bilety do Polski  były na 10.X z Chicago. Nationalsy zakończyły się 27go września, 28 wyjazd. Ale dość długo nie miałyśmy pojęcia dokąd ten wyjazd. Jak już kiedyś wspomniałam, od początku niemal pewne było, że zostanę dłużej niż do rzeczonego 10 X, ale Wanda takiego manewru nie mogła zrobić, bo bycie doktorem i to matematyki kusi. He, he nie ujęłaby tak tego zapewne, ale będę trochę złośliwa, a co - taka jestem, a na blogu nie mam za dużo okazji na docinki ;) Tak, czy inaczej miałyśmy jeszcze 12 dni. I zaproszene do... Kaliforni. Tak, tak, wśród otrzymanych przez różnych ludzi propozycji wizyty była i kalifornijska, która nas mocno kusiła osobowością zapraszającej i obietnicami morza roboty. Więc może by tak?...

Przemyśliwałyśmy to intensywnie w ostatnich dniach zawodów, upewniłyśmy się jeszcze, że serio, serio możemy przyjechać i decyzja została podjęta - dajemy! Akcja miała jeszcze jeden plus. Dzięki takiemu, a nie innemu obrotowi sprawy mogłyśmy odwiedzić naszych Garrettów! Czyli tych, od których właściwie się zaczęło, kiedy dwa lata temu, niewiedzące nic o świecie ozików MY, trafiłyśmy pod dach niewiedzących niczego o nas ICH :) Robyn była na Nationalsach, i przygarnęła nas do samochodu, więc znowu kolejne setki kilometrów pokonałyśmy bez wysiłku stania z podniesieoną ręką. Przejazd na trasie Kolorado-Utah wzbogacił nas o wiedzę, że Wyoming można skwitować słowem WIATR lub nieco mniej grzecznie, acz wciąż nieco eufemistycznie PIŹDZI.

 

Spędziłyśmy pod SLC cztery dni. Pogoda klasycznie dopisała, nagadaliśmy się, nagotowaliśmy, najedliśmy, posiedzieliśmy razem przed telewizorem, były owce, było agi, było obi. I w ogóle super, jak zwykle było, ale napiszę trochę o czymś innym, o czymś, co mimo przyziemnego początku, trochę filozoficznie się zakończy.

Robyn ma owce kilka kilometrów od domu. Owce są odwiedzane, karmione, pojone i wypasane (w sensie psiotreningowym), ale zdarzyło się kiedyś, że oprócz tego, zostały też zjedzone przez coś, co najwyraźniej było sobie kojotem. I tu się zaczyna.

Od czasu tego z owcami zamieszkał On. On, czyli Hagrid. Hagrid, czyli pies. Pies, czyli owczarek pirenejski (białe i duże to to, do pilnowania stada to). I świetnie radził sobie Hagrid z owcami i cieszył się człowiek i wiedział, że Hagrid radzi sobie dobrze. Aż dnia pewnego Hagrid przekombinował. Przekombinował tak, żeby się znaleźć po drugiej stronie ogrodzenia i włóczyć się po okolicy. I wracał Hagrid do owiec, ale kiedy chciał to robił. A kiedy nie chciał nie. I mogło się coś stać i nie owcom tylko, ale i Hagridowi mogło. Ale miał frajdę Hagrid. I przekombinowywał bezustannie. Mówił, że nie wiedział, że się da, ale że mu pokazano i że zobaczył. I że da się. I że frajdę ma.

I choć Hagrid miał frajdę, to jednak uznane zostało, że przełażenie przez płot, to zachowanie niepożądane i trzeba coś zaradzić. Przyjechałyśmy wiec w silnej ekipie kobiecej, sztuk cztery, uzbrojone w sekatory, nożyce, rękawice, kombinerki, druty, kawałki ogrodzenia, belki i inne dobra. Przeszłyśmy wzdłuż całego ogrodzenia, które było podejrzane, oceniłyśmy każdą podważoną lub naciągniętą siatkę, wycięłyśmy krzaki sprzed i przerzuciłyśmy za płot, połatałyśmy dziury, powiązałyśmy drutem dodatkowe panele metalowe w miejscach szczególnie slabych, wzdłuż pozostałych wątpliwych zamontowałyśmy na dole kłody drewna, żeby podważanie siatki nie było mozlwe. Napociłyśmy się ostro, bo sońce grzało konkretnie. Po trzech, czy czterech godzinach z dumą spojrzałyśmy na dzieło, wypuściłyśmy psa, wyjechałyśmy za bramę, zatrzymałyśmy się, żeby ją zamknąć, wsiadłyśmy z powrotem do samochodu i... przed maską ujrzałyśmy Hagrida.

Przekombinował był. I wiedział dobrze o tym.

Przeprowadziłyśmy akcję odłowienia, manewr z wyjechaniem został powtórzony, ale zostało coś więcej. JA zostałam. I miałam przyjemność zobaczyć, jak sobie Hagrido beztrosko człapie do ogrodzenia, przechodzi po nim bez jakiegokowiek wysiłku, większego susa nawet i przedostaje się na drugą stronę. Skupiłyśmy się najwyrażniej na nie tej krawedzi co trzeba, bo cały dzień spędziłyśy w kuckach, a trzeba było patrzeć w górę ;) Przytachałyśmy jeszcze jeden panel, zamontowałyśmy pieczołowicie  we właściwym miejscu i ze zwycięskim uśmiechem opuściłyśmy posterunek. A zdezorientowany olbrzym kręcił się w tę i z powrotem patrolując z zadartym łbem nowy panel.

I jakoś wtedy Wanda westchnęła, jak to byłoby lepiej, gdyby ten inny pies nie pokazał Hagridowi drogi, bo przecież dopóki o tej drodze nie wiedział, to wcale mu się do przełażenia nie tęskniło.

 

I tu jest filozofia. W ułamku sekundy utożsamiłam nas z Hagridem. Rozpoczęcie podróży dwa lata temu było naszą dziurą w płocie. Dziurą, o której najpierw nie wiedziałam, a o której później myślałam niemal każdego dnia, do której tęskniłam i przez dwa lata tak bardzo chciałam znowu poczuć drapiące w momencie przeciskania się przez nią druty i to niesamowite uczucie, kiedy jest się już po drugiej stronie. I stało się, wreszcie się stało, kiedy w sierpniu wzięłyśmy pierwszy oddech nowej przygody. Drutów już nawet nie pamiętam. I jestem teraz tym psem. I wcale nie żałuję. I będę przełazić przez tę dziurę wciąż i wciąż! Dopóki mi ktoś jej nie załata. Wtedy będę musiała znaleźć drugą.

 

Hagrid

 
1 , 2
Locations of Site Visitors