Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Głosowanie!!!

Witajcie drodzy czytelnicy :)

Tych, którzy są nowi zapraszam do poprzedniego posta, w którym popełniłam przedstawienie sytuacji :) I do dalszej lektury oczywiście, jeśli nasza wyprawa i przygody Was zainteresują.

 

Słuchajcie, nasza sytuacja w konkursie nie wygląda beznadziejnie - na 2 dni przed zakończeniem głosowania jesteśmy na 27. miejscu w kategorii, a 10 pierwszych zostanie zakwalifikowanych do następnego etapu! Więc jest o co walczyć :)

Głosowanie! Głosowanie!

Wszystkich, którzy chcieliby nas podnieść w rankingu zachęcam do wpisania w treść smsa kodu D00192 i wysłania go na numer 7122.

Koszt tej operacji to 1,23zł, a pieniądze zostaną przekazane na turnusy rehabilitacyjne dla dzieci :)

Z jednego telefonu można zagłosować tylko raz!

 

 

Dziękuję bardzo i pozdrawiam!!! :)

Magda

 


środa, 11 stycznia 2012
Niespodziewajka :) Witamy tych, co po raz pierwszy!

 Kolejnej podróży jeszcze nie widać ani nie słychać, a tu nagle wpis! Ale nie tak bez powodu ;) Zgłosiłam naszego JuicyTravelsa do konkursu blog roku(aby zagłosować należy wysłać sms o treści D00192 na numer 7122, szczegóły TU). Nie, żebyśmy zaraz mieli jakieś wielkie plany podboju wirtualnej rzeczywistości, ale w ramach dawania szansy losowi (który jakoś chętnie w moim życiu różne szanse wykorzystuje;)) i dzielenia się fantastycznością podróżowania, staliśmy się dziś jedną trzyipółtysięczną częścią wspomnianej imprezy :) Po tym krótkim wstępie dla stałych czytelników, pozwolę sobie na wstęp nieco dłuższy, specjalnie dla tych, którzy trafili w nasze skromne progi po raz pierwszy.

Blog powstał z okazji wyprawy. Wyprawy mojej (czyli Magdy), wyprawy koleżanki (czyli Wandy) i wyprawy psa (czyli Juica). Z Wandą znam się lat kilkanaście, z Juicem niewiele ponad rok, który niedawno mu stuknął. Lasy, góry, jeziora, morza, ogniska, namioty, kąpiele w strumieniach, picie z kałuży, makaron z sosem, wycieczki piesze i rowerowe, śpiewy i gitary – to wszystko i wiele innych, im podobnych, są mnie i Wandzie znane (i uwielbiane!) od lat, Juicy to wszystko dopiero poznaje, ale równie co my, ubóstwia. Miłość do włóczęgi sprawiła, że już dawno temu w głowach zalęgła się potrzeba wybycia gdzieś dalej niż w polską, ukraińską, czy rumuńską dzicz. Kiełkowała sobie w tych głowach powoli i szukała odpowiedniego czasu na rozkwit. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wszelkich, rok 2011 okazał się czasem idealnym dla owego (pierwszego!) kwitnienia. Juicy, który po latach wyczekiwania, pojawił się w moim życiu chwilę przed podjęciem ostatecznych decyzji co do wyjazdu, został właściwie z automatu członkiem wyprawy :)

Słów kilka o planach. Dosłownie kilka, bo tych planów za wiele nie było ;) Zaczęło się od tego, że nasi znajomi mają rodzinę w Meksyku, która choć zupełnie nas nie znała, to zgodziła się nas gościć. Pozostawała jedynie kwestia naszej decyzji, naszego TAK. "Tak", które teraz wydaje mi się oczywistą oczywistością, chyba najlepszą decyzją w moim życiu, a które rok temu jakoś specjalnie nie narzucało się swoją osobą. Kiedy żeśmy się w końcu ogarnęły i powiedziały sobie stanowczo, że to, jak wygląda nasze życie, zależy właśnie od nas, naszych decyzji i że teraz, albo być może nigdy, nastał czas realnych przygotowań. Było to w okolicach marca. Pod koniec maja siedziałyśmy już w samolocie.

Międzyczas zajęło nam dojście do takich wniosków: jedziemy do Meksyku-> trzeba kupić bilety do Meksyku->bilety do Meksyku są dużo droższe niż do Stanów! A z tych Stanów przecież blisko!->trzeba kupić bilety do Stanów->najpierw trzeba mieć wizę do USA->mamy wizę do USA!->no jak to, polecieć do Ameryki i zobaczyć tylko lotnisko w USA?->oprócz wizyty w Meksyku pojeździmy po Stanach!->mam znajomego w Portland!->jakie kółko możemy zrobić, żeby wrócić na samolot do LA?->ej, po co wracać na samolot do LA? Możemy odlecieć z innego miejsca!->ok, to skąd?->ej, mam rodzinę w Kanadzie!->hmm, no w sumie, to już nie tak daleko…->Dobra! Wracamy z Toronto!

Tak, ten tok myślowy trwał nie wiele dłużej, niż zajęło Wam przeczytanie go :) W kwietniu miałyśmy w ręku (no dobra, na mailu) bilety Wwa-Chicago, Chicago-LA, Toronto-Wwa. HURRRA!!! Cztery miesiące przygody!!!

To był właśnie nasz plan na dzień wyjazdu. Dolecieć do L.A., spotkać się z Panem Janem, pojechać z nim do Meksyku, pożyć w Meksyku, a potem przedzierać się przez Stany tak, żeby odwiedzić Portland, Ottawę i Toronto. Niewiele, prawda? Nie mam nic przeciwko temu, żeby następnym razem nie mieć żadnych planów. Wolność, jaką to daje jest radością nie do opisania!

Teraz kilka słów o stopie. Może się zastanawiacie jak to jest, ze dwie dziewczyny na hip-hip-hura wymyśliły, ze będą łapały okazję w obcym świecie. I były zadowolone, i ich rodziny i znajomi byli zadowoleni (i hodowca psa był zadowolony) ;) ? A było to tak, że wyjeżdżając miałyśmy w głowie raczej wizję kupienia jakiegoś niemalzłomu za psie pieniądze i przetelepanie się tymże przez kraj. Autostop krążył po mózgu, ale wydawało się, że będzie to epizod, zasmakowanie, a potem zakup gruchota. Niewątpliwie ta wizja pomogła niektórym wypuścić nas z Polski z jako takim poczuciem bezpieczeństwa ;) Nie rozwodząc się zanadto, skończyło się na tym, że jak żeśmy tym stopem ruszyły spod granicy Meksyk/USA, tak zatrzymałyśmy się dopiero w Toronto :D I wiemy już, że jest to absolutnie najlepszy środek transportu. A już na pewno, jeśli bardziej od miejsc interesują kogoś ludzie. Nas interesowali. A może zainteresowali? ;) W temacie własnego samochodu dodam jeszcze tylko, że wiemy teraz, że jego zakup (i ubezpieczenie!) byłoby nie lada wyzwaniem zarówno logistycznym, jak i finansowym, a po powrocie do kraju, długo jeszcze wychodziłybyśmy z długów paliwowych. Bardzo prawdopodobne jest też to, że po czterech miesiącach w jednej puszce, już w życiu byśmy się do siebie nie odezwały. O ile w ogóle byłoby do kogo, bo istnieje ryzyko, że zdążyłybyśmy się pozabijać ;)

Nie, nie chcę nawet myśleć jak wyglądałoby to wszystko bez autostopu! A było naprawdę wspaniale!

I coś o psie. Juicy w momencie wyjazdu miał 7 miesięcy, więc dzięki podróży, która przypadłą na okres dorastania, obfitował on w nowe, niepowtarzalne doświadczenia. Zrobił się tak mocno autostopującym psem, że kiedy po powrocie do Warszawy stałam z nim na ulicy i obok, przy krawężniku zatrzymał się samochód, pies bez zastanowienia ruszył ku otwierającym się drzwiom :D

Oprócz oczywistego, bezustannego, dobrego psiego wpływu na atmosferę w czasie całej wyprawy, zawdzięczamy mu ogromnie dużo. Bo na człowieka z psem patrzy się inaczej, zazwyczaj życzliwiej i tego doświadczyłyśmy bardzo często. Faktem jest też, że Juicy jest wyjątkowo grzecznym psiurem, więc był w stanie urzec nawet tych, którzy początkowo patrzyli na niego trochę krzywo ;) A od połowy naszej włóczęgi szlak stał się właściwie całkiem psi, bo po nawiązaniu pierwszego kontaktu z USAowskimi właścicielami owczarów, byliśmy przedstawiani kolejnym i kolejnym, którzy nas zapraszali i gościli :)

Niesamowite w całej wyprawie było to, że z wieloma ludźmi nawiązałyśmy wspaniałe relacje. Głębsze, niż można by sobie wyobrazić, że w ogóle się da po kilku, czy kilkunastu wspólnie spędzonych dniach. Swoboda wspólnego życia, której nabierałyśmy w kolejnych miejscach - super, super, super! No i dziesiątki przesympatycznych ludzi, którzy wzięli nas do swoich samochodów, niejednokrotnie poświęcając czas i energię, żeby zawieźć nas dużo dalej, niż było im po drodze... Pięknie było!

Eh, co ja się będę rozwodzić, jeśli po tym wstępie jesteście zainteresowani przygodami, jakie miałyśmy (mieliśmy!), ludźmi, których spotkaliśmy i miejscami, w których miałyśmy szczęście się znaleźć, to zapraszam do czytania i oglądania setek zdjęć, które ilustrują wpisy. Dla ułatwienia umieszczam link, do pierwszego posta:

http://juicytravels.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?37

i do pierwszego autostopowego:

http://juicytravels.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?29


Mam nadzieję, że rok 2012 da nam doświadczyć choć ułamka tych emocji i radości, które przeżywaliśmy nie tak dawno w Ameryce :)

 

Miłego czytania! Magda

 

Wanda przygotowała animację z zarysem trasy autostopowej, jaką zrobiłyśmy po opuszczeniu Meksyku:


 

 

Jeszcze mała kwestia techniczna - blog, a przynajmniej jego część ma swoją wersję angielską (jeszcze raz dzięki Magda! Nie, nie dziękuję sobie - Ci , którzy nie wiedzą komu, to doczytają) i choć na głównej stronie jest ona rozdzielona, to przy przeglądaniu pojedynczych postów wszystko jest wymieszane :( I jeśli kolejnymi postami polskimi wstawiłam angielski, to właśnie on się wyświetla jako "następny". Z góry przepraszam za niedogodności z tym związane, nie umiemy tego zmienić. Mam nadzieję, że nie będzie to na tyle przeszkadzało, by było powodem przerwania lektury ;) Tyle, miłej podróży przez przeszłość! :)

 

 

 

Locations of Site Visitors