Kategorie: Wszystkie | ENGLISH VERSION | polska
RSS
środa, 05 marca 2014
Wszystkiego po trochu

9-11 XI

 

Czyli trzy dni z Kenem i Debbie. Kolejni życzliwi ludzie, którzy nieopatrznie dali nam swój adres w kilka chwil po tym, jak nas spotkali na Nationalsach ;) Ale my zawsze przy przejmowaniu karteczki lojalnie uprzedzamy, że to się zwylke kończy Polakami z psem na wycieraczce, więc nie mgą powiedzieć, ze byli bardzo zaskoczeni. Co prawda moja bazpośrednia zapowiedź była z ultrakrótkim wyprzedzeniem (no bo Zmiana Planów!), ale zostaliśmy przyjęci i to jeszcze jak miło :) Miejsce piękne i idelane do posiadania psów, owiec, koni, kaczek i trenowania, co się tylko zamarzy. I zielono! Zielono! :)

A wszystkiego po trochu, bo było i spacerowanie i babysitterowanie, i sortowanie oraz sprzedawanie owiec, i lunch w klimatycznym lokaliku, i agility, i jesienne prace ogródkowe, i spacer po lesie wzdłuż wody, i spotkanie klubowe miejscowego ASCA, i rwanie uszczelek, i pół dnia pracy w fabryce tychże i obiady, i pieczenie ciasta. No wszystko, wszystko.

 Sortujemy

 

Fabryka uszczelek

 

Uszczelniony Juicy :)

Las spacerowy

 

 

 

Na dodatkowe dwa zdania zasługuje nasz „trening”, albowiem profesonalność biła z niego nieprzeciętna :) Ja się zawsze rzucam na wszelkie napotkane slalomy, co by się nieustannie przekonywać, jaki mój pies mądry i że naprawdę rozumie. Ale tym razem, jako że różnorodność przeszkód była duża a i Debbie miała ochotę coś poćwiczyć, to oprócz niesmiertelnego slalomu i dłubania kilku dupereli szarpnęłyśmy się na ustawienie toru. Ja o tym pojęcia bladego nie mam, to sie jakoś specjalnie nie pchałam, ale Debbie znalazła schemat czgoś niezatrudnego z jakiś tam zawodów i się zabrałyśmy za odtwarzanie w naturze. Kładki ruszać nie zamierzałyśmy, więc ona była punktem odniesienia. Fakt, że była pod innym kątem do boku pola niż ta na obrazku, nie ułatwiał. Brak palisady, która niezaprzeczalnie na shcemacie widniała - też nie. No i tunel jeden zamiast dwóch. No i hopki takie, że każda inna, a część skakalna w jedną stronę, choć porzebowałyśmy wielu skakalnych w dwie. No i prawie na środku pacu stała budka z systemem zaoptrującym dom w ciepłą wodę. Wszystko to razem, w połączeniu jeszcze z agilito-konstrukorskim (bliskim zeru) doświadczeniem obu z nas, wysoko ponosiło poprzeczkę naszego przedsięwzięcia. Nawet nie próbuję opisać tego, co się działo od momentu, kiedy pierwszy raz spojrzałymy na kartkę, do chwili, w której uznałyśmy, że to co ustawiłyśmy, może się z kartką nie zgadza, ale zawiera pewne elementy wspólne i przy odrobinie szczęścia i sprawności, powinno dać się przebiec. Niech starczy, że dzielił je (ten moment i tę chwilę) odstęp ponad godzinny... Pozdrawiam sędziów i zespóły budujące tory na zawodach. Mi na razie starczy, wolę biegać ;)

Zdjęcia torku brak. Może i lepiej. Pozdrawiamy!



poniedziałek, 03 marca 2014
Przystanek Idaho

 1. XI

No i nie da się ukryć, zadziałał ten plan całkiem, całkiem. Tylko nie wiem, czy wielogodzinna inhalacja grzanym grzybem nie spłaszczyła mi mózgu...

Dzień typu piątek upłynął na podróży z nowo zapoznanymi znajommi znajomych, którzy jak już wiadomo, zostali wkopani w ratowanie mi tyłka. No dobra, chronienie go. Myślę, że mało kto jest zachwycony, jak mu się dzwoni i prosi, żeby zabrać autostopowicza z psem. Ciężko powedzieć „nie”, a w głowie i nosie krążą wizualizacje i analogiczne takie tam tylko z zapachami. Bo jak może pamiętacie, taki autostopowicz potrafi śmierdzieć. Co gorsza pewnie nawet można powiedzieć, że lubi! A jeszcze pies do tego?! Zapchlony pewnie. No, ale zabrali, zabrali, podwieźli, miło sobie pogadaliśmy i nawet już mnie lubią, bo nie śmierdziałam i mam wszystkie zęby.

A potem zostaliśy zgarnięci przez Maxine, więc właściwie obsługa kompleksowa ;) Idaho mnie bardzo miło zaskoczyło niezimą, ależ jestem za to wdzięczna! I ucieszyło Jedem kowbojem dawno nie widzianym, a przecież kochanym! Eh, to powracanie w „dawne strony”... Bo to kolejne miejsce, w którym spędziłyśmy niewiele ponad 10 godzin, a wraca się tu jak w te dawne strony właśnie. No magia...





Wieczorem banieczka nieco prysła bajkowa, bo Dżusławo jakoś tak się drapało ponad swoją nawet normę i wzięty w obroty, które go zupsajdanowały, oględzony został przez mnie pilnie i dokonałam odrycia... Pchły! Żesz... A bardziej Pchła! póki co. Pozdrawiamy motel Park, pozdrawiamy! Moja wyobraźnia bujną jest, ale jakoś nie może wydumać lepszego miejsca w naszej przeszłości, które mogłoby być źródłem owej wdzięcznej sublokatorki.

Dżusię zostało obryzgane tym, co się pod ręką znalazło, a mogło potencjalnie nadać do uboju sześcionogów, zapakowane w klatę i pożegnane wieczornie. Niech (z)giną pasożyty!

2-6 XI

Poranek zgotował nowy przczes-wyczes, którym wykryto, że to jednak nie pchła, a pchły! Znalazłam bowiem DRUGĄ!, jak się można domyślić. „Będąc absolwętką studiuf pseudomedycznych, zręcznym ruchem ubiłam dziadostwo [jebut] poczym zwłokę upłynniłam w zlewozmywaku [ślurbbb].”

Juica czekało więc przedpołudnie życia - wycieczka do garażu znajomych Maxine, bycie namydlonym(pewnym konkretnym płynem do mycia naczyń, który jak twierdzą tutejsi groomerzy, ma ukryte, wiadome działanie dodatkowe), żałosne i pełne żalu oczekiwanie w stanie tym uwłaczającym przez minut 15, spłukanie, namydlenie czymś bardziej związanym z kąpielą, spłukanie ponowne, w liściach się tarzenie i głup totalny, odżwka, zapoznanie z psią suszarką (czyt. odkurzacz o odwróconym działaniu), głup w liściach i więcej głupa w liściach.

pan puszek



Także zaciesz jesienny zaliczony. Cieszymy się oboje. Pies mój nigdy nie był tak czysty (aż sierść piszczałapod palcami), ani puchaty tak.

Na uwagę zasługuje też późniejszy lunch w miejscowym pubie. Jedzenie super, to raz, ale co ciekawsze - pojawił się w pewnym momencie chłopak (nie, nie będzie romantycznie!), który był synem jakiegoś znajomego Maxine; przyszedł zagadał i nagle, nie wiem jak zupełnie, wyszło że ja się pewnie będę później chciała przedostać do Oregonu, a on oto jest kierowcą ciężarówki i kursuje do Portland dwa raz w tygodniu. No takie cuda ;) Kontakt pobrany.

Spędziłam w Eagle jeszcze kilka bardzo miłych dni upływających na moim dość ulubinym niepośpiechu. Wstawanie, śniadanie, trochę pracy na zewnątrz, rochę odsiedzenia na kanapie, gotowanie, rozmawianie i takie tam przyjemności dnia codziennego. Naprawdę miło.

Jucy w wolnych chwilach romansował z borderem i był wtedy niezwykle uroczy i zabawny, we wszystkich innych (chwilach) był supernieuciążliwym psem nieco sępiącym. Skutecznie :) Jest w tym coraz lepszy!



Opowiem jeszcze krótko o stacji benzynowej Maverick, na której to można znaleźć automat z lodami (mrożonym jogurtem, ale w smaku różnicy brak) i wspaniałą promocją ( a może niepromocją?) pt. 2 for 3$. Co ważniejsze automat jest samoobsługowy, a promocja-niepromocja obejmuje dowolny size loda. Pojemnik typu największego jest miseczką o rozmiarze na tyle konretnym, że można sobie do niego ukręcić jakieś dobre pół kilo. Jest wtedy taka górka duża, ale konsystencja produktu świetna do bicia rekordów objętościowo-masowych. Byliśmy tam dwa razy. Żal oromny, że oba bez aparatu... Źle by się skończyło moje zamieszkanie w okolicy Maverick gas station. Wandaaaaaaa! Czemu my nie znalazłyśmy żadnej takiej promocji w sierpniu na przykład??

Opuszczenie Idaho zostało poprzedzone serią nieco chaotycznych, mocno na ostatnią chwilę wykonanych telefonów, maili i priwów. Zadziało się tak w związku ze... zmianą planów oczywiście ;) Tym razem zmieniły sie plany nie tyle moje, co znajomej od garażu , która wybierała się na kilka dni do Sun Valley ( i z którą miałam się wybrać i ja). Fakt, że wyprawy nie ma, wyszedł dość późno, bo w środę (dzień przed teoretyczn wycieczką), a pierwszy szybki „wrazieczego” telefon do truckera wzbogacił nas o informację, że on do Portland jedzie dnia następnego(wspomniany czwartek), a potem dopierio w poniedziałek. Ja natomiast w kolejny piątek musiałam już być na zawodach w Auburn, więc jeśli miałabym jeszcze po drodze odwiedzać oregończyków, to czasu mało i decyzje muszą być szybkie i niemiałkie. Oszczędzając szczegółów, stanęło na znanym już wszystkim czwartku. Kolejne maile i umówiłam się na przenocowanie czwartkowo-piątkowe i Maartena. Smutno wyjeżdżać, a tu jeszcze dzień ostatni okazał się ostatnim dopiero wieczorem, co było nieco przygnębiające, ale niestety twardym trzeba być, nie miętkim, zawsze jest coś za coś. Humor niezwykle poprawił mi środowy sukces kulinarny pod postacią ciasta drożdżowego, które wreszcie mi wyszło dealnie!!! :)



Pocieszający był też poranek, bo jako, że ciężarowka nie odjeżdżała bardzo wcześnie, to był czas na spokojne przeżywanie dnia i super spacer „pożegnalny”. Co się owczary naganiały, to ich ;)






Ostatecznie nasza podróż rozpoczęła się o godzinie, która daleko przekroczyła moje przewidywania, bo oto start 400to kilometrowej trasy przypadł na... 15.30. Hmm... Zmiana czasu, mogła nieco urtować sytuację, ale są granice cudów. Ponieważ wszystkie znaki na niebie, ziemi i szosie wskazywały na to, ze w okolicy Portland wylądujemy grubo po tamtejszej 22ej, to gdzieś w połowie trasy dałam Maartenowi znać, że przenocowanie u niego muszę odwołać. Ciągnięcie go o tej porze godzinę w jedną stronę i to jeszcze po to, żeby się przespać pod dachem, a rano lecieć z powrotem na południe, wyrabiając od nowa te nocne kilometry, jakoś z miuty na minutę wydawało mi się coraz mniej sensownym pomysłem. I słusznie, bo sensowne nie było.

Fotka z pierwszej podróży przy świecy:



7/8 XI

Jaki więc był mój plan na noc? Na tamten moment żaden, lubuję się w niemaniu. Myśł nr 1 to motel (nieeeeeeee.....), myśl nr 2 całonocna sesja komputerowa w jakimś mcdonaldzie (lepiej). Opcja (bo nie myśl) nr 3 pojawiął się nieco później. Opcja-propozycja ze strony Cody’ego była taka, że mogę się przespać w trucku. I jeszcze powiedział, ze rano będzie jechał kawałek na południe, co również było mi niezwykle na rękę. W miejscu tym zaznaczę, że rozważanie wspólnej nocy w szoferce podjęte zostało przeze mnie tylko i wyłącznie ze względu na fakt, że  Cody, oprócz tego, że był normalny i miły, to był też znajomym Maxine. Wbrew temu, co pewnie wielu osobom się wydaje, posiadam zdrowy rozsądek, sypianie w truckach nie jest normą ani nawet odrobinę mądrym pomysłem, ale ta sytuacja była taka, że zdrowy rozsądek pozwolił.

Zanim jednak do tematu wspólnej nocy dojdziemy, należałoby dojechać do Portland, a właściwie Troutdale, gdzie czekał nas rozładunek. Rozładunek załdunku rzecz oczywista, więc może należałoby się dowiedziec co my właściwie wieziemy? Śmieci otóż. Pięćdziesiąd (z okładem) tysięcy kilo śmiecia. Przy świeczce. Francja elegancja. Kiedy na parkingu sortowni ściągnęliśmy wielkie plandeki przykrywające „towar”, mogłam się dokładniej przyjrzeć upakowanym sześcianom sprasownego odpadu z gatunku papier-metal-plastik. W powietrzu rozchodził się aromat identyczny z naturalnym - sfermentowane, zgniłe, spleśniałe resztki, wyciekające z opakowań wszelkich, tworzyły powtarzalny w swej kompleksowości bukiet śmietniskowy, nawierzchnia asfaltu lśniła wilgotną powłoką wycieków wspomnianych, a otwierający się na parking magazyn, rzucał świetlówkową poświatę, zapewniając jednocześnie dźwiękowe tło całemu przedstawieniu - klaksony wózków widłowych rozładowujących ciężarówki, szum taśm, po których sunął śmieć, klapnięcia odpadów przerzucanych na odpowiednie miejsca przez sortujących i stukot maszyn tworzących nowe sześciany, tym razem już czysto plastiowe, metalowe lub papierowe. Znaleźliśmy się w samym sercu cywilizacyjnego perpetum mobile. Wymarzony wieczór!

 



 I z dedykacją dla Anka i Tadzika wersja muwi:


Ale nie można było tak stać wiecznie, chłonąc tę pozostającą zwykle poza ludzką świdomością rzeczywistość. Może sortownia nigdy nie śpi, ale człowiek nie śmieć - czasem musi.

Zaminiłam miejsce pasażera na kierowcy (bowiem posiadało ono przestrzeń na ewentualne nogi), upewniłam się, że nie ma opcji, że coś bezwiednie uruchomię i ukokosiłam się do spania. Juicy mnie bezczelnie zdradził i władował się Cody’emu do łózka. Zero zdrowego rozsądku i jakichkolwiek zasad... Zwierzę po prostu!

Kopnął mnie też niewątpliwy zaszczyt skorzystania z miejscowego ustępu, co było przygodą samą w sobie, albowiem przyodziana w odblaskową kurtkę Cody’ego ruszyłam negocjować z Meksykańcami (ewidentnie mieli monopol na pracę w zakładzie) do rzeczonego ustępu wstęp . Wypożyczyli mi w pełnym zaufaniu kask, wysłali wzdłuż żółtej lini, biegnącej malowniczo pod taśmą transportującą karton wszelkiej postaci, i oto pełna mocnych wrażeń doarłam przed lustro, w którym wyglądałam o tak:

 

Także warto :)

Wróciłam potem cała i szczęśliwa na swoje-nieswoje miejsce za kółkiem i  takeśmy dotrwali śpiąc sobie razem, ale oddzielnie, do rana numer 1, czli godziny 4ej, kiedy się zabrali za nasze śmieci, po którym to zabraniu dokonaliśmy przeparkowania i potem spania ponownego chyba 6ej, czy 7ej.

Poprzeniego dnia zaskoczyłam samą siebie, będąc czujną i świadomą przez całą, calutką podróż. To mi się właściwie nie zdarza, bowiem zwykle niezależnie od swojej woli czy niewli, zapadam w sen głęboki, równie niezależnie od horyzontalności swojej pozycji. Tym razem było inaczej, ale już po wspomnianej nocy nie byłam taka żeśka i czujna, więc mi rano nieco umknęło ze zdarzeń. Najpierw w tym trucku, a potem w następnym, który mi Cody zorganizował. Przynajmniej pisania mniej ;) Zdaje się, że jeździliśmy po podmieście nieco, grunt, że koło 12ej wylądowałam tam, gdzie chciałam, czyli na południe od Portland. Zaledwie niecałą godzinę od celu na dziś, czyli Sweet Home. Niezaprzeczalnie słitaśna nazwa. Dalsza autotopowa przeprawa przebiegła niesłychanie pomyślnie, a z ciekawostek dodam, że chłopak, który podrzucił mnie pierwszych 20 mil (taką sobie właśnie karteczkę zmajstrowałam - 20miles) jechał, uwaga, z Seattle do Los Angales. Także tu naprawdę odległości nie ograniczają, można sobie taką podwózkę złapać, o jakiej się nie śniło!

Bardzo chciałam mieć zdjęcie, jak łapię stopa z napisem SWEET HOME, więc jak tylko się ustwiłam na podrzędnej drodze ukierunkowanej bezposrednio na cel, to ustawiłam sobie aparat i juz, już wciskałam samowyzwalacz, kiedy mi się jakiś kierowca zatrzymał :) I tak oto mam zdjecie z przebiegłym machaniem kartką przy równoczesnym posiadaniu oczekującej podwózki za plecami ;)



 

I na razie tyle :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61
Locations of Site Visitors